Wybór nie zakaz. Czyli o tym dlaczego nie jestem już czarno-biała.

Rok 1997. Zaczynam edukację. Trafiam do katolickiej szkoły. I w niej pozostaję przez większość mojej edukacyjnej ścieżki, czyli do ukończenia liceum. 12 lat. Jestem grzeczna, miła, najlepsza w klasie.

Czyli mam najlepsze oceny, umiem się ładnie uśmiechać, pouczam kolegów i koleżanki, kiedy w kościele mają niezłożone ręce. Śpiewam pieśni religijne głośno rozglądając się po kościele pod pretekstem oglądania witraży, tak, by moja wychowawczyni widziała jak śpiewam. Jestem nagradzana, ocenami, słowami, uznaniem, etykietką najlepszej uczennicy, zadowoleniem rodziców. Chłonę jak gąbka.

Rok 2013. Pojawia się pierwsza miłość, która urzeczywistnia się w postaci związku. Mam chłopaka. Odkrywam jak to jest kiedy przytula mnie ktoś inny niż mama, tata, siostra, koleżanka czy kolega. Czym jest pocałunek. Nic ponadto. Mniej więcej wtedy pieczętuje się we mnie poczucie winy (którego początek rejestruję wiele lat wcześniej jako mała dziewczynka). Z tego okresu pierwszych miłości wynoszę nieustanną gonitwę myśli, wybrzmiewające we mnie słowa wyniesione z religii – kiedy odczuwasz przyjemność w kontakcie z drugim człowiekiem – traktujesz go przedmiotowo, bo traktujesz go jako źródło przyjemności dla siebie, co jest egoistyczne i jest grzechem. Ilekroć mój chłopak mnie całuje albo ja całuję go, biję się z myślami – czy to już przedmiotowo czy jeszcze nie. Spowiadam się z każdego takiego pocałunku, używając dokładnie takich słów „przedmiotowo traktowałam mojego chłopaka”. Żaden ksiądz ze mną o tym nie rozmawia, nie pyta mnie co to oznacza. Być może ktoś powie, że to mój indywidualny przypadek, że nie wszyscy tak mieli, i to prawda, nie wszyscy tak mieli, jednak gdy spotykam się z kobietami w kręgu, zaczynamy rozmawiać o naszej seksualności, o naszych doświadczeniach szybko okazuje się, że to JEST kolektywna opowieść, która obrazuje się w podobnych historiach różniących się co najwyżej detalami.

Rok 2005. Jakoś wtedy, może trochę przed, może po – pojawia się we mnie wiele ocen, wzburzenia, niezgody. Temat aborcji. Mój obraz aborcji na tamten czas jest mniej więcej taki – kobieta ma ochotę na seks, ale nie potrafi wziąć odpowiedzialności za to, że w wyniku tego seksu może pojawić się życie. Jestem radykalną przeciwniczką aborcji. Uważam, że aborcję wykorzystują ludzie, żeby żyło im się łatwiej i przyjemniej. Ludzie, którzy chcą być bogami i decydować o czyimś istnieniu, nie ponosić odpowiedzialności za swoje czyny. Ja w tamtym momencie wiem, że do takich ludzi się nie zaliczam, wiem, że nawet jeśli zajdę w ciążę z kimś, z kim nie będę chciała żyć, być kiedyś tam w przyszłości, urodzę dziecko i najwyżej będę je wychowywać sama. Ja to wtedy wiem.

Nie mam przyzwolenia na wyjątki – ani dla mnie ani dla świata.

Rok 2007. Wypływam w rejs żaglowcem, Szkoła pod Żaglami – pierwsze moje zetknięcie na dłużej (6 tygodni) z młodzieżą z innych środowisk niż katolickie. Doznaję szoku i w dzienniku, który prowadzę, opisuję jak w moim odczuciu zdemoralizowana jest ta młodzież. Podbija to wówczas moje poczucie wyższości, że ja jestem inna, że mam kręgosłup moralny, że mam trudniej, bo niewiele jest takich osób jak ja  – tak siebie wówczas oceniam.

Rok 2008. Mniej więcej wtedy pamiętam jak wiele wątpliwości rodzi się w mojej głowie, kiedy lekcje religii przestają zaspokajać moją wiedzę na tematy wszelakie, a rozmowa z księdzem 1:1 i zadawanie mu pytań na temat moich własnych rozkmin wypisanych na kartce, prowadzi do sytuacji, w której w pewnym momencie on już nie potrafi mi odpowiedzieć. Swoimi wątpliwościami i kwestionowaniem zaprowadzam go pod ścianę i odczuwam w związku z tym przerażenie. Jak to?! Coś zaczyna się we mnie burzyć. Jestem zagubiona.

Rok 2009. Moja codzienność z katolickiej staje się bardzo różnorodną, dopiero wtedy widzę jak wygląda świat poza murami bezpiecznych i czarno-białych poglądów. Czuję się przerażona i zaskoczona jednocześnie. Zaczynam budować od nowa swój system wartości w oparciu o całą gamę szarości a właściwie barw, którymi przesiąknięty jest świat.

Rok 2015. Dowiaduję się, że pojawiła się we mnie nowa Istota. Że noszę w sobie życie inne niż tylko moje. To doświadczenie jest ZUPEŁNIE-NIE-CZARNO-BIAŁE i dopiero wtedy zalana oceanem nie tylko przyjemnych odczuć w pełni otwieram się na różnorodność świata i historii, które ze sobą niesie. Dopiero wtedy dociera do mnie, że o rzeczach, których nie doświadczyłam na własnej skórze, wiem tyle co nic. Że nie ważne ile książek bym pochłonęła, ile opowieści usłyszała, to wciąż nie jest dla mnie wystarczające, żeby się wypowiadać i chociażby sugerować komuś jak ma żyć, nie wspominając o ocenianiu i wytykaniu palcem – ty jesteś dobra, dobry, ty zły, zła.

Dopiero wtedy z każdym kolejnym oddechem odczuwam coraz większą otwartość, żeby świat widzieć, nie oceniać, żeby wyrażać emocje, kiedy ktoś narusza moje granice, ale nie narzucać nikomu swoich pomysłów na życie, żeby nie potakiwać bezwiednie ze zduszonym gardłem, bo tak wypada, bo tak mają grzeczne dziewczynki, tylko jasno zaznaczać, czego chcę i potrzebuję. Wtedy na nowo odkrywam co tak naprawdę znaczy „grzeczny”. I wiem, że już nie chcę taka być. Nie chcę być ani grzeczna ani niegrzeczna. Chcę po prostu BYĆ.

I wiem też, że ostatnią rzeczą i zarazem taką,która wychodzi mi najlepiej, jest właśnie OCENIANIE.

Całe życie w systemie ocen, systemie, który wykorzystuje naturalną właściwość mózgu do oceny sytuacji w celu przetrwania i podbija ją przez nieustanne stymulowanie do granic możliwości, do poziomu, w którym przytłoczeni bagażem ocen albo spadamy na dno studni zwanej depresją albo wpadamy w agresję i przemoc. Rozpierdalamy siebie albo świat, albo jedno i drugie.

Rok 2018. Dowiaduję się, że istnieje coś takiego jak Porozumienie bez przemocy i moją głowę wypełnia jedno pytanie migające jak gigantyczny neon: Dlaczego dopiero teraz?!

Rok 2020. Słucham kolejnego wykładu Marshalla Rosenberga, który opowiada o różnych strategiach na zaspokajanie potrzeb. I o tym, że podstawową potrzebą każdego człowieka jest cieszyć się życiem. Opowiada o spotkaniu z plemionami afrykańskimi, które pytają go – Co zrobić, kiedy wsadzają naszych ludzi do obozu koncentracyjnego? On odpowiada im: „Najpierw musicie przekształcić wszystkie swoje obrazy wroga w potrzeby. Nie będziecie mieć władzy   Z   ludźmi, dopóki nie przekształcicie swoich obrazów wroga. Tak długo jak widzicie te obrazy, jest bardziej prawdopodobne, że wywoła to kontra przemoc niż współpracę.” W odpowiedzi słyszy: „Więc my powinniśmy lubić to, że oni wsadzają naszych ludzi do obozów koncentracyjnych?” „Ja nie proszę was o lubienie tego, proszę was o wiele więcej. Proszę was o to, żebyście byli w stanie dostrzec, że to najbardziej wspaniała rzecz na świecie, co ci ludzie potrafili zrobić.

Marshall po chwili tłumaczy, co miał na myśli – „Kiedy pracujemy z kolegami w Sierra Leone, zastanawiamy się czemu ta osoba weźmie sześcioletnie dziecko i odetnie mu ramię. Jeśli myślisz, że to zło lub nikczemność, sugeruję, że stworzysz więcej przemocy. Więc pierwszą rzeczą jest być świadomym, że osoba, która to robi, robi to z tego samego powodu, z którego ty i ja robimy wszystko, co robimy. W każdej chwili każdy człowiek robi najlepiej, jak potrafi właśnie w tej chwili, żeby zaspokoić swoje potrzeby. Więc dopóki  podejmujemy próbę empatyzowania, odgadując jaką potrzebę ta osoba próbuje zaspokoić robiąc to, co robi, dopóty możemy połączyć się z tym.” Podkreśla również jak ważne jest, żeby najpierw dać sobie empatię, dostrzec swój ból w związku z tym, co dzieje się nie tak, jakbyśmy sobie wyobrażali, że będzie dla nas dobrze. Dopiero wtedy możemy przyjrzeć się bólowi drugiej osoby.

A ja wyobrażam sobie ile tego bólu musi być po obu stronach i jawi mi się to jako ogromne wyzwanie i jednocześnie na ten moment zdaje mi się to być jedyną strategią, która rzeczywiście może pozwolić na zbudowanie dialogu a nie na nakręcającą się lawinę przemocy.

Odczuwam całą mieszankę emocji, wkurwienie, smutek, rodzaj bezsilności, niedowierzania. Coś się zmienia i mam nadzieję, że zmieni się na dobre. Że przestaniemy dzielić zachowania między chłopców i dziewczynki. Że chłopcy to łobuziaki, na które można przymknąć oko, a dziewczynki to grzeczne laleczki, które nie mogą za bardzo potrząsnąć główką, bo im się loczki rozprostują.

Kobiety wyrażają to, co przez lata było zamiatane pod dywan, bo tak nie wolno. To nie jest tylko coś teraz. To jest coś, co było szufladkowane, zabronione, coś na co niektórzy patrzą jakby z przymrużeniem oka – a bo ma okres, denerwuje się bo ma napięcie przedmiesiączkowe, a wiesz, bo one tak mają, a bo chyba ciężko znosi menopauzę. A bo mózg jej po porodzie zamienił się w kisiel. A kurwa nie.

Chcę żyć w świecie, w którym każdy ma prawo do emocji, każdy może je odczuwać i nie ma strategii ich okazywania zarezerwowanych dla konkretnych grup społecznych. Chcę by gniew mógł wybrzmieć i był bodźcem stymulującym do zmiany. Jak powiedziała dziś pani w kiosku, który mijałam: Nigdy nie jest za późno na zmianę.

 

 

Weźmy za nią odpowiedzialność razem.

podpisano: nomatka