Wczoraj wiem, że i tak kiedyś umrzemy. To bardzo porządkuje.

Wczoraj wiem, że i tak kiedyś umrzemy. To bardzo porządkuje.

Napisałam 5 lat temu. Lecąc do Nowego Świata.

Realizując, być może przez niektórych uznane za niedorzeczne, marzenie spotkania z elfami. Chyba nigdy w życiu tak szybko i pewnie nie kupowałam biletu – to było bardziej niż pewne, przeczytałam artykuł o elfach, skończyłam, spojrzałam przed siebie z determinacją w źrenicach i ponad niebieskim światłem ekranu stanowczo wypowiedziałam w eter „ja muszę spotkać elfy, lecę do Islandii”. I kupiłam, jeden bilet, i poleciałam, ja jedna.

 

Ja tam nie poleciałam szukać sensacji, nie poleciałam tam turystycznie kupować kubki z facebookowym napisem I had sex with an elf in Iceland 5 minutes ago (tak, kupiłam go, ale z myślą o przyszłościowej wystawie i z szeroką jak krater wulkanu Eyjafjallajökull dozą przekory do siebie samej). Ja tam nie poleciałam wypytywać ludzi i później w inteligentny sposób dyplomatycznie prezentować światu jacy są niepoważni, bo wierzą w elfy i stawiają im domki. Ja nie poleciałam tam wpływać na życie ludzi, którzy już za chwilę, za kilkadziesiąt godzin mieli stać się dla mnie szczególnie bliscy – choć siedząc w samolocie zawieszona w nieodgadnionej przestrzeni ponad chmurami jeszcze o tym nie wiedziałam, jeszcze ich nawet nie znałam.

A jednak wpłynęłam.

 

fot. Alexia Bretaudeau
fot. Alexia Bretaudeau
fot. thanks to Sigrún Guðmundsdóttir
fot. Alexia Bretaudeau

Siedząc w samolocie napisałam jedynie, że pytanie: „kim jesteś? wisi gdzieś nad głową jak wielki znak zapytania”, i że „wzlatuję” i że „safety on board tylko gdy odnajdujesz się gdzieś, gdzie trzeba działać w zamknięciu”.

W kolejnych zdaniach po zachwycie egzotycznym pustkowiem pisałam: „Tutaj ludzie chyba się nie uśmiechają. I ja konstatuję w tej obserwacji, że wolę takich powściągliwych, czy początkowo trudno dostępnych. Lubię ich dystans i szczerość w byciu. Chyba rzadziej byłam oszukiwana przez takich właśnie ludzi/albo lubię wyzwania.”

„Otwieram drzwi, a tam prysznic.

Wychodzę spod prysznica, a za oknem śnieg.

Wibracje wzruszające wszystko.”

A po latach konstatuję, że nadal konstatuję w ten sam sposób.

Lubię ludzi powściągliwych, takich z dystansem i szczerością.

„Jedziesz gdzieś i chcesz jak najwięcej zobaczyć. Ale po co właściwie? Czy najwięcej rzeczywiście znaczy najwięcej? Może czasem albo nieczasem to jest najmniej.” – pisałam, z pewnością spoglądając na hordy turystów z aparatami, którzy oddychali spustem migawki i karmili się kilometrówką tuż obok mnie.

„Czuję się pusta. Wypełnia mnie bezbrzeżna nie-islandzka a moja pustka. Skąd dokąd? Od-do.”

Po dwóch, może trzech dniach już wiedziałam (z niezachwianą jak przy kupowaniu biletu pewnością,a jednocześnie z ogromnym zaskoczeniem, bo nigdy wcześniej, podróżując dużo, tak szczególnego połączenia z ziemią nie odczułam), że Islandia to mój stan umysłu, zastanawiając się jednocześnie czy każdy ma taki stan gdzieś na świecie, i czy w ogóle kiedykolwiek się ten potencjalny ktoś nad tym zastanawiał.

Bo jeżeli nie, to może warto? Ja wtedy czułam, że warto. „Po tylu przebytych kilometrach odnalazłam zewnętrze wewnętrza. Każdy napotkany krzak, pył i kamień splata się neuronalnie dając poczucie jedności ze wszystkim i we wszystkim. I ten wiatr, który stał się symbolem myśli ciążących, bezczelnie próbujących wydrzeć dla siebie kawałek mnie. Nie zaznajesz wytchnienia. Tak to się kończy. Czerwonymi spojówkami i brakiem tlenu. Czasami, gdy za długo czeka się na odpowiedź, przychodzi lęk, zwątpienie. Trzeba to przetrwać. Wycofanie, brak zaufania zabija pewne obszary. Zabija – znaczy kończy bez możliwości przywrócenia. Ostrożnie stąpaj po tym kruchym gruncie. Woda tak szybko nie zamarza.”

fot. Szymon Maślak

I wiecie co? Ja nie mam pojęcia dlaczego przygotowując się do podzielenia się z Wami tym, co teraz we mnie i dookoła mnie, tak wiele bodźców z tego zewnętrza wrzuciło mnie z powrotem właśnie w Islandię, w przeszłość, w śmiech, smutek, w to odczuwanie mimo myśli, bez myśli, w targające mną jak chorągiewką wietrzne podmuchy. W ten świat, który wywarł na mnie po prostu piorunujące wrażenie.

Pozwolił mi doświadczyć całego spektrum emocji, co więcej, pozwolił mi ich doświadczyć przepływających dosłownie w każdym zakątku tej poniekąd marsjańskiej ziemi.

„Wrócę wtedy, kiedy będzie ku temu sposobność.”

Wracam.

„Wieczór. Gwiazdy znajome. Księżyc prawie pełny. Trzy języki. Trzy pieśni delikatnie niosące się przez równiny bezbrzeżnych oczekiwań. Tylko elfy świadkami tych cudów poniosą w dal wieści, które przetrwają kolejne dekady ludzkich znojów, by dotrzeć ciepłym powiewem letniego wiatru do uważnych uszu nastawionych na słuchanie. A takie na pewno się znajdą. Bo jeśli nie, świat już nie będzie istniał.”

I wdziera się we mnie bezlitośnie, miga mi przed oczami jak wielki neon, tekst piosenki artystki Michelle Gurevich, z którą mentalnie przeżyłam niejedną podróż, niejedno intensywne tu i teraz.

Towarzyszyła mi kiedyś, towarzyszy mi teraz, ilekroć nie mogę zrobić czegoś, czego pragnę, przez zakazy, obostrzenia, ilekroć nie widzę twarzy poza emotikonkami, ilekroć ulegam złudzeniu, że jednak jest jakiś człowiek w tym galimatiasie niedopowiedzeń, schematów, masek i przekonań, ilekroć mam ochotę pierdolnąć wszystkim o ścianę i uwierzyć, że to tylko świadomy sen, z którego w każdej chwili mogę się obudzić, jeśli tylko zapragnę.

 

Wracając do notatnika sprzed pięciu lat, który dotykał islandzkich stolików i łóżek, na których spałam:

„Sounds like the last day of something.”

 

 

fot. Szymon Maślak

I dalej – „Potrzebuję więcej niemówienia. Nie wciskania rzeczywistości w ramy. Potrzebuję opadania. Nie spadania. Jak płatki, które spoczywają na mojej twarzy. Potrzebuję opaść na ziemię, rozpuścić się, rozpłynąć. ROZ-PŁYNĄĆ. WSZĘDZIE. PARTOUT.”

fot. Szymon Maślak

Ja całe życie próbowałam coś zrozumieć.

Prowadziłam ze sobą wielogodzinne monologo-dialogi, wikłając się coraz bardziej w kolejne warstwy rozwarstwiającej się i ulotnej materii myśli.

Teraz wreszcie zrozumiałam, że ja nie mam nic rozumieć. Ja mam odczuwać. A Islandia jest w tym procesie ogromną lekcją, która po dziś dzień niesie się echem, niemym echem niedopowiedzianych historii, zasypanych śniegiem tropów, wodospadów bez słów.

Jednak tuż po powrocie jeszcze wiele próbowałam rozumieć. W końcu odpuściłam. Kiedy teraz patrzę na Gulfoss i Geysir, tak jak patrzyłam na nie wtedy własnymi oczami, widzę je, ich potęgę, ich moc, ich siłę i delikatność, ich stan skupienia. Kiedy spoglądam na zdjęcia osób, które zatroszczyły się o mnie na obcych ziemiach władając – najpiękniejszym jaki znam – językiem serca, widzę je, ich potęgę, ich moc, ich siłę i delikatność, ich stan skupienia. Nie zastanawiam się jak sobie radzą teraz. Bo wiem, że bez mojego zastanawiania i tak sobie poradzą. Że ja nie jestem od tego, żeby się tak zastanawiać.

 

A wszelki sentyment płynie wartkim strumieniem umysłu. I świadomie lubię czasem w ten strumień wejść. Poczuć to, co czułam wtedy i podziękować, może nawet się uśmiechnąć, może zapłakać.

Potem wychodzę. Przez chwilę czuję jeszcze chłód na stopach. Ale moim celem jest życie. Życie tu i teraz. W takiej rzeczywistości, w takich stanach skupienia, w takich otoczeniach, z takimi ludźmi do spoglądania w oczy.

I w ostatnich miesiącach najczęściej spoglądając w oczy samej sobie w lustrzanym odbiciu, widzę kobietę, która niesie te wszystkie wypowiedziane i nie- historie. Ja już zawsze będę częścią Islandii, częścią każdej napotkanej osoby, częścią każdego życiorysu, z którym się zetknęłam. Pytanie pozostaje tylko do jakiego stopnia. „Czasami, gdy za długo czeka się na odpowiedź, przychodzi lęk, zwątpienie”. Ale ja już rozumiem, że akurat ta odpowiedź nie jest istotna. I że nie muszę na nią czekać. Że nie chcę.

fot. Sigrún Guðmundsdóttir

„Zaangażowana w bycie zapomniałam o tym, że melancholia nadejdzie. To dobry znak, że zapomniałam, ponieważ implikuje, że moje bycie tu i teraz jest pełniejsze. Odwiedziłam Islandię, a przy okazji zahaczyłam o kosmos. Nieplanowana i piękna wizyta.”

 

Odwiedziłam pandemię i przy okazji zahaczyłam o siebie. Nieplanowana i piękna wizyta.

 

„Każdy dzień jak zdanie się zamyka. Jeśli zdania nie mają kropek a dnie nocy – inaczej rozgrywa się spektakl. Nadanie początku i końca nadaje strukturę wydarzenia.”

A Twój początek i koniec gdzie jest, wiesz może?

W Dzień Transferu (czas pomiędzy zawsze działa na mnie szczególnie) napisałam – „Żegnam się z Islandią. Z jej spokojem i majestatem. Nie żegnam sięz  ludźmi, bo ludzie mogą się przemieszczać, a ziemia pozostanie tu, dopóki coś potężniejszego na nią nie zadziała”.

Ach, jakże przewrotnie brzmią mi te słowa teraz, gdy ludzie w zastaniu i milczeniu są gdzieś   t a m,  a ziemia w niepozornych odbiciach samej siebie widnieje na moim ekranie w fotografii, w materiałach wideo. Jest śladem tego, co się zadziało. Pamięciową podróżą po tym, czego może już nie ma. Oglądam to i różne łzy mieszają się na mojej twarzy. A kiedy czytam ostatnie słowa tej podróży, tuż przed wzbiciem się w powietrze, dziękuję samej sobie, że je napisałam.

„Ludzie zaskakują w każdym przejawie. Nie opieram się na nich, bo wiem, że to tymczasowe, do kolejnego odpływu. I ta świadomość już mnie nie martwi, nie smuci. Tak ma być, niezależnie od mojego nastawienia tak będzie. Dlaczego więc mam przeżywać, że góry są wysokie, a morze mokre. Zamiast tego odnajduję piękno każdej materii. Nie ważne czy trwałej czy nie. Każdy dzień zbliża nas do śmierci, a śmierć jawiąca się jako tajemnica staje się zarazem transferem, podobnym do lotniska. Tutaj nic się nie kończy, tutaj wzlatujesz ponad ziemię, po której stąpasz, lecisz w nieznane. Nikt nie wie na jak długo. Ty sam tego nie wiesz.”

 

 

Znalazłam jeszcze dopisek „ALASKA – that will be my next stop if you don’t mind.”

Czy już czas?

fot. Leszek Garstka

podpisano: nomatka