Utracone plemię

 

 

TELEGRAM:

Pojechałam na festiwal. STOP. Do Sokołowska.  STOP. Robić performance. STOP. Na festiwalu. STOP. Było nadęcie. STOP.

 

Tak, pojechałam do naszego zimowego Sokołowska, żeby zobaczyć jak wygląda latem. Szerokie ścieżki zamieniły się w gęsty busz, a powietrze pachniało kwiatami. Tabuny ludzi, o których myślałam jadąc tam rozmyły się w pobliskim strumyku. Nie było dzikich hord turystów, wycieczek, rodzin, które wyrwały się ze skwaru miasta. Nie było też licznej widowni, którą podejrzewałam o bycie, skoro to festiwal międzynarodowy. Było duże natężenie performerów.

Tylu performerów na takiej przestrzeni nie widziałam nigdy w życiu. Bo nie jeżdżę z zasady na takie spędy. Tak jak nie przepadam za umiejscawianiem żadnej cząstki siebie w galerii. Bywam na ulicy, w klubach, w kawiarniach, na deptakach, no i w Sokołowsku, bo jestem w nim zakochana i wciąż to uczucie trwa.

Postanowiłam, że się zabawię. Zabawię z ludźmi, nawet tymi, którzy myślą, że w tej zabawie nie uczestniczą. Udało się, mimo przeogromnych problemów ze strony organizatorów z dostarczeniem mi jednej jedynej rzeczy, której potrzebowałam – megafonu, z działającymi bateriami. Przez megafon wyznaczyłam linię podziału, lubię/nie lubię. Zabawa z dzieciństwa. Ci, którzy lubią lody czekoladowe są po mojej prawej, ci, którzy ich nie lubią – po lewej. Nie ma ambiwalencji. Bliżej nam do którejś ze skrajności, z pewnością. Określić się trzeba było co do różnych rzeczy, kto je sery, kto aprobuje mordowanie zwierząt, kto słucha muzyki country, kto ma miłe wspomnienia z dzieciństwa, kto uważa, że jestem brzydka, kto płacze na filmach, kto wierzy w magiczny pył itd. Pojawili się ludzie z różnych miejsc, łącznie z tymi najbliżej siedzącymi na lokalnej ławce z nielokalnym piwem podtrzymujący lokalne pogawędki. Nagle wytworzyła się sytuacja oceny, choć nikt nie namawiał nikogo do takowej. Zaczęły padać komentarze, podśmiewywanie, radość, zdziwienie? A może tylko maska dostępna światu? Ja wszystkich przytuliłam, bo nawet ci, którzy w zabawie rzekomo tego nie chcieli, kiedy zobaczyli, co robię, ustawili się w kolejce. Obsypałam ich też magicznym pyłem (brokatem), który zawsze noszę blisko.

Ciężko schodzi, więc być może ktoś nadal ma na sobie dowód rzeczowy bycia ze mną tu i teraz w tamtym momencie.

Pojechaliśmy dalej. Całkiem niedaleko. W miejsce dziwnie znajome, choć zupełnie nieznane. Polana z sosną na środku, na skraju lasu. Grzyby i jagody w nim. I źródełko z lodowatą wodą. Stanęłam boso na sianie, rozejrzałam się, poczułam wiatr, a chwilę po nim strugi deszczu. Islandia była moim pierwszym snem pod tym rozgwieżdżonym niebem. Rzeczywistość senna skutecznie zmieszała się z tą uznaną za prawdziwą i przyniosła wskazówki dalszej wędrówki. Jak grzyby po deszczu pojawiały się nowe osoby, nowe dzieci, nowe psy. Twarze bez czasu. Wspólna podróż w odległe zakamarki duszy. Było tak jak być powinno. Poczucie jedności emanowało we wspólnym śpiewie, graniu, medytacji, oddechu, dotyku.

Z przyjemnością obserwowałam jak dzieci przybywające po sobie krok po kroku transformują to samo miejsce według własnej estetyki i pomysłowości. Nomadeczka uczestniczyła w każdej z tych transformacji przyglądając się jeszcze baczniej niż ja i pomagając na tyle, na ile potrafiła. Strumyk zamieniał się w basen, w eko-spa, w kąpiel błotną. Paznokcie były czarne, a ubrania poplamione. Ale to nic mamusiu, „mamy przecież zestaw na zmianę”.

 

 

Wybrałam się o zmierzchu na przechadzkę po lesie, wejścia do niego strzegła kurtyna ciemności. Lekko poszarzałe niebo przybrane pniami i igłami szeptało po cichu. Odkąd poznałam sekretne życie drzew, słucham uważniej, czuję więcej. Dostrzegam porozumiewawcze spojrzenia rzucane pomiędzy tymi drzewnymi krewnymi. Wdychałam siebie pełnymi płucami. Burze krążyły wokół nas delikatnie chłodząc rozgrzane twarze.

 

Czułam, że takie historie jak opowieść o plemieniu Indian Yequana żyją. Że odnalezienie swojego plemienia to kwestia czasu i być może pokonania trochę kilometrów – wśród nas znalazła się chociażby Francuzka czy pół-Polka, pół-Wenezuelka. A wciąż mówiliśmy wspólnym językiem miłości.

Dzieci przekazywane z rąk do rąk uczyły się społeczeństwa. Przeżywały radość i płacz. Niczego nie kumulowały, pozwalały emocjom płynąć w takim tempie, jakiego potrzebowały. Zamarzyło mi się być takim korytem, przez które wszystko płynie. Czasem czuję się bardzo zagruzowana. Czuję jak kamienie nie mieszczą mi się w klatce piersiowej, jak powoli topię się od nadmiaru wody. Bose stopy pozwoliły mi połączyć się z ziemią. Stałam na matce ziemi, sama będąc matką i uśmiechałam się do niej jak do własnej prababki. Ciało, jakiekolwiek by nie było, pozwalało doświadczać, nie oceniać, doświadczać. Oceniający umysł poszedł w odstawkę jak telefon i komputer. Nie było prądu umysłu, była energia słońca. Można się nią było ładować. Po zmroku przełączać się na energię ognia i kołysać się z wiatrem we śnie.


Tak jak ośmioletnia Lulu, której tata urodził się w Meksyku, odgruzowywała strumyk dla wody i dla nas wszystkich, tak i mnie odgruzował ten czas i ta lekkość, kojarząca mi się z lekkością nowonarodzonego w tamtym miejscu dziecka, które przez chwilę trzymałam w swoich ramionach, jest tak niesamowita, że nie pozostaje mi nic innego jak dzielić się nią ze wszystkimi, którzy pozwolą się dotknąć i wyrwać te zalegające w sobie głazy. Jestem na to gotowa. A Wy?

Dobrych przepływów.

Podpisano: Nomatka