Teneryfa to nie żadna oaza.

Wulkaniczność. Bezmiar wody.

Do Teneryfy dobiłam (dosłownie!) ponad 10 lat temu. Jako młoda dziewczyna. Miałam fryzurę „na chłopaka” i tak też wyglądałam, jak chłopak. I jedyne co mnie wtedy interesowało to znaleźć sklep, w którym kupię coś, co ma dużo cukru, ale tak, żeby ten cukier miał jakąś atrakcyjną formę, bo miałam dosyć cukru sypanego bezpośrednio na suchy chleb, który był zastrzykiem adrenaliny zażywanym namiętnie pod pokładem w każdej wolnej chwili między lekcjami, rzyganiem (grypa żołądkowa przywieziona z Senegalu) a wachtą nawigacyjną.

fot. uczestnik rejsu Pogorią do Dakaru

 

Teneryfa była lodami z pudełka, plażyczką z turystami głównie z Niemiec (wiem, bo tak nam wtedy opowiadano), zachwytem cywilizacji.  Mogłam wtedy równie dobrze zamiast lodów jeść piasek z radości, że stoję stabilnie na dwóch nogach, że mogę się wysikać prosto do muszli, i że nie muszę celować pod strumień wody, biorąc prysznic, który lata na lewo i prawo podobnie jak cały żaglowiec.

Po niezłej dekadzie swojego życia wracam.

I ziemia, która stanowiła dla mnie wówczas powitanie cywilizacji teraz jest jej totalnym pożegnaniem.

Lądujemy na lotnisku, ale tak naprawdę przy samym oceanie.

Otwieram namiotowe okno i głową jestem w niebie, w oceanie. A ciałem w piachu i soli.

I jem ten piasek ze szczęścia, że nie muszę sikać do muszli, że moim prysznicem jest ocean a stabilność czerpię z delikatnego kołysania biodrami przy bębnach i w wodzie.

Nie będę udawać, że widok tylu nagich (męskich) ciał na raz nie robi na mnie wrażenia, bo robi.

Zachwycam się pięknem ludzkiego ciała i czuję się odarta z pożądania.

Obserwuję pracę mięśni, kiedy wskakują do wody. Przyglądam się sylwetce pokrytej kroplami, które stopniowo wysychają na rozgrzanej od słońca skórze.

Czuję swobodę bycia.

I komu ja to opowiem?!

Przecież od razu usłyszę, że to jest niebezpieczne, tak sobie chodzić nago i to w dodatku przy innych. I  to w dodatku mężczyznach.

Ja myślę, że niebezpieczne jest chować się pod warstwami ubrań, słów, krzywdzących myśli i lęków.

Wiecie, ta Teneryfa to nie żaden raj. Żadna oaza.

 

To stan, który można odnaleźć wszędzie. Tam w tym stanie jest wielu ludzi. Nie tylko tych, których szufladkuje się jako hipisów. Tam ludzie się jarają życiem tak w ogóle.

W sklepie, w barze, nawet w urzędzie, bo wyobraźcie sobie, że przyszło mi rejestrować nie swój samochód i nie miałam obaw, że pytając o coś zaraz zostanę zmieszana z błotem i odprawiona z kwitkiem. Pani w warzywniaku nie przejmowała się zupełnie leniwie formującą się kolejką, tylko rozmawiała przez telefon i niespiesznie brała kolejne warzywa na wagę obsługując dwie małe dziewczynki. Wtedy dowiedziałam się kątem ucha, że kiwi jest ok dla cukrzyków, bo ma niski indeks glikemiczny. NIE wiem czy to prawda. Ale obserwowałam świat dookoła. I kąpałam się z rozkoszą w docierających do mnie przekazach.

Czasem podróż do celu rozciągała się godzinami, bo wciąż spotykaliśmy nowych ludzi. I ta droga trwała i trwała i nabierała sensu, który jej sukcesywnie w naszej codzienności odbieramy.

Chcemy wszystko szybko i natychmiast. A w sumie to nie chcemy, ale musimy, bo…?

A co się stanie jeśli napijemy się kawy tak jak lubimy, w TYM kubku, właśnie w TYM ulubionym.

Na Teneryfie wyprawa po kawę trwała średnio trzy godziny. Ktoś z zewnątrz być może parsknąłby śmiechem. Dla nas to był rytuał, misja dnia.

I nie, nie byliśmy na wakacjach.

Ilekroć słyszę to słowo odczuwam wewnętrzną sprzeczność.

My pracowaliśmy. Nad sobą. A to jest ogromna praca.

I uświadomiłam sobie, że zarówno 10 lat temu jak i teraz moja obecność tam nie była losowa. Znalazłam się na Teneryfie, by odczuć siebie bardziej.

Padło stwierdzenie: bo tam spotka Cię to, czego w danej chwili najbardziej potrzebujesz, żeby pójść dalej.

I ja idę dalej.

I mam poczucie, że tak wiele jeszcze niezbadanych chwil przede mną, relacji na poziomach, których sobie teraz nawet nie wyobrażam.

A to wszystko dlatego, że chcę. Że chcę się zmieniać i otwierać na nieznane, tak jak wtedy gdy skoczyłam do oceanu przerażona perspektywą wychodzenia z niego po śliskich ostrych skałach.

Skoczyłam. Panikowałam 20 sekund a potem wzięłam oddech i zobaczyłam, że te fale wcale nie chcą mnie zakryć, że płynąc na nich mogę zobaczyć więcej.

Tak, tam zobaczyłam więcej. I dbam o to, żeby mieć czas na kawę, i żeby stawiając kroki spoglądać na kamienie, i żeby pamiętać, że to moja decyzja na czym aktualnie skupiam wzrok. Nikogo więcej. I tego Wam życzę – odpowiedzialności, odwagi i niegasnącej radości. To wszystko już macie. Czas zanurkować w głąb.

 

Podpisano: Nomatka

PS W sercu zatrzymałam radosne przytulenia na powitanie z każdym napotkanym człowiekiem, bo w Polsce czas drastycznie się skraca (przytulenie powyżej trzech sekund zaczyna być podejrzane, mimo że wszyscy są w ubraniach!).