Pierwsze Nomadeczki podróże duże

Miesiąc życia w zupełności wystarczy, żeby trochę się ogarnąć na tym świecie.

Obczaić, że czasem jest zimno, że czasem coś smaga po twarzy, że bębny brzmią trochę inaczej, a przekleństwa wujków pojebujków – jak sami się określają – wciąż niezmiennie, i wreszcie, że zakres widzenia może sięgać dalej niż rozpiętość między jednym a drugim sutkiem mamy.

Tak oto oswojona Nomadeczka ruszyła w swoją pierwszą podróż życia. A my razem z nią. Z mocnym postanowieniem nie rezygnowania z pieluch wielorazowych nawet w podróży i z owymi pieluchami porozwieszanymi wszędzie tam, gdzie się da – a więc wszędzie. Pojazd, który już dotychczas zasługiwał na miano stylu rumunesko, teraz zdecydowanie zasługiwał jeszcze bardziej.

Pozytywnie nastrojeni, w wielkim słońcu, ruszyliśmy przed siebie.

Pierwszy przystanek przyćmił nieco ów entuzjazm i uświadomił młodej matce, że optymistyczne wizje przyszłości nie zawsze są właściwe. A na pewno nie wtedy, kiedy chodzi o pieluchy.

Ubierając Nomadeczkę zaplanowałam bowiem w głowie dokładnie, że w podróży będzie tylko sikać, pozostałe atrakcje zostawiając do miski. I z tym błędnym założeniem i uwalonym wszystkim, łącznie z jedyną, jak się okazało, parą spodenek, przeklinałam siebie cicho pod nosem w kiblu na stacji. A słońce świeciło nadal.

Nigdy podróż na odcinku Warszawa-Poznań nie upłynęła tak szybko. Gorąco polecam – gdyby komuś kiedyś się w drodze nudziło – sprawić sobie dziecko. System suszenia pieluch w samochodzie wymagał uwagi średnio co trzy minuty, bo trzeba obracać kolejne wkłady, szukać słońca na obiciach, podtrzymywać jedną ręką zwiewną tetrę przy oknie, drugą ręką upewniać się, że Nomadeczka śpi, że ma przykryte uszy tą cholerną za dużą czapką, że baldachim z tetry się nie przesunął, i nadal osłania ją przed wiatrem, i wreszcie poprawiać turban na swojej głowie, który powstał na potrzeby chwili i hulającego wiatru.

Punkt następny na mapie.

Gorzów.

Wernisaż.

Projekcja naszego filmu.

I gołe stopy Nomadeczki, które przyćmiły i film i nas.

Rzekłabym, że musiałam opędzać się od paparazzich, lecz byłoby to lekką przesadą.

Trzymam Nomadeczkę przy sobie, kątem oka zauważam tylko śmigający dziwnie nisko aparat dzierżony w dłoni przez starszą panią, która na widok mojego wzroku, lekko spłoszona, odskakuje do tyłu i nieśmiało się uśmiechając mówi: nie mogłam się powstrzymać.

Nadal nie rozumiejąc co jest tak fascynującego na wysokości mojego pasa, spoglądam na nią pytająco.

„No te stópki!”

Podginam łokieć, zerkam w dół, ach no te stópki, wystają w najlepsze z becika, wodząc na pokuszenie.

W ten sposób odkryłam genezę fetyszu stóp. W Gorzowie. W godzinach popołudniowych.

I co jeszcze z Gorzowa?

„Moja mama nie potrzebuje twoich rad.” – taki napis, na bluzce, która przywędruje do nas lada dzień od znajomej tamże zamieszkującej.

I będę ją nosić, a właściwie Nomadeczka będzie, na okrągło. Dokupię jeszcze z jedną sztukę, to wtedy prać codziennie nie będzie trzeba.

Bo cierpliwość też się kiedyś kończy.

I jak pięćdziesiąty raz mam odpowiadać na pytanie, a nawet nie pytanie, tylko konstatację wypowiadaną odpowiednio głośno, tak, żebym usłyszała, że w gołych stopach to pewnie jej za zimno, że bez czapki to zaraz sławetny przeciąg, o którym wszyscy mówią, a którego nikt nie widział, się nią zajmie, i że na słońce nie wystawiać, bo się spali, że tu nie chodzić, że tam siadać, że tak trzymać, że tak sikać, że jak nie ma kolek to zaraz dostanie, że jak jest szczęśliwym dzieckiem to mam spokojnie poczekać, bo zaraz na pewno coś się spieprzy, to nie ręczę za siebie.

A wolałabym ręczyć.

Bo w końcu jestem matką. Karmiącą w dodatku. Siebie. I dziecko.

Cieszę się, że tyle przeżyliście w swoim życiu i chcecie o tym opowiadać, że macie swoje zdanie i swoje przekonanie. To piękne. Ja też mam swoje. I nawet mam swój pomysł na to wszystko, i gdybym miała jeszcze odrobinę przestrzeni, żeby go realizować i nie musiała co chwilę tłumaczyć, żeby potem na koniec słyszeć, że i tak zaraz się zaziębi, to już w ogóle byłoby zajebiście.

Jak się przeziębi, to JA dowiem się, jaką ma odporność. Jak będzie całą noc stękać, to JA nie prześpię tej nocy, nie TY.

Więc zajmij się swoim życiem, na pewno jest fascynujące. I wpadnij, porozmawiamy przy herbatce bądź kawce o tym i owym. Opowiesz mi wtedy, co tam ciekawego u CIEBIE. Bo co u mnie, to ja wiem, tak dobrze jak nikt inny.

Z uśmiechem.

Podpisano: Nomatka

Edit:

Gadaj sobie zdrów.

Moja mama nie potrzebuje twoich rad.

Podpisano: Nomadeczka

  • Nasza pierwsza dłuższa podróż była w 8 miesiącach nas morze 🙂 taka ze spaniem poza domem i całą tą organizacją 🙂 a wcześniej zabieraliśmy synka ze sobą wszędzie, trochę z musu bo nie mieliśmy i tak z kim go zostawić nawet na parę godzin 🙂

    • my trochę się obawialiśmy jak to będzie z takim małym podróżnikiem, ale ze względu na nasz styl życia uznaliśmy, że trzeba spróbować, innego wyjścia nie ma 🙂 i jest pięknie 🙂