O tym jak wypluwałam płuca, zagrałam mecz qudditcha, napisałam baśń o swoim życiu, pożegnałam kilka relacji i zaczęłam robić to, na co mam ochotę.

Rok temu o tej porze świeżo wróciliśmy z gór, z wyjazdu, który miał trwać kilka dni a rozciągnął się na miesiąc.

Jako że pakujemy się zawsze mniej więcej tak jakbyśmy mieli już nigdy nie wrócić, wystarczyło tylko przekierować paczki żywnościowe i rozgościć się w tym, co przynosi świat. A przyniósł nam górski wiatr, trochę smogu i dużo radości przeplatanej kaszlem i ospą.

Wypełnieni górskim spokojem wkroczyliśmy z powrotem w naszą statkowo-kamperową przestrzeń.

Nie spodziewając się niczego, co ma za chwilę nadejść, zupełnie tak jak każdy przeciętny bohater książki czy filmu.

Choroba rozwinęła się stosunkowo szybko, a kiedy rozwinęła się już na tyle, że zdecydowałam wybrać się do lekarza, usłyszałam diagnozę – zapalenie płuc. Dwa dni później rentgen ją potwierdził.

To było pierwsze zrównanie z ziemią w roku 2020.

Nie umiałam pogodzić się z wieloma rzeczami w tamtym momencie. Świadomość łykania mocnej chemii w postaci antybiotyku wzbudzała we mnie skrajne reakcje, do tego dołączyło osłabienie organizmu, równoczesna choroba Nomadeczki. Dni zaczęły wyznaczać kolejne inhalacje, przyjmowane lekarstwa, oklepywania, napady duszności i łzy.

W chorobie spędziłam 6 tygodni. Przyjęłam dwa antybiotyki. Wpadłam w rozpacz z tysiąc razy i w tym obezwładniającym poczuciu bezsensu uzmysłowiłam sobie, że mało we mnie miłości do mnie samej i postanowiłam, że chcę to zmienić, że chcę nad tym świadomie pracować.

Że chcę być dla siebie samej wystarczająca taka jaka jestem.

To był mój pierwszy raz. Pierwszy raz w życiu chorowałam na zapalenie płuc.

Rok 2020 okazał się rokiem pierwszych razów.

Bo chwilę po wyzdrowieniu ruszyłam pierwszy raz w życiu w trzydniową podróż bez Nomadeczki, SAMA, na trzy dni i dwie noce. Jadąc pociągiem nie wiedziałam w co myśli i serce włożyć, czytałam na zmianę ze słuchaniem muzyki, wgapianiem się w ludzi i w okno. Tęskniłam i jednocześnie nie posiadałam się z radości.

Wróciłam wypełniona planami i pomysłami, po raz kolejny zasilona górskim spokojem. Postanowiłam zacząć działać, poumawiałam warsztaty, rozpisałam wizje tego, co chcę robić. Poczułam, że wraz z wiosennym powietrzem wracam do siebie.

I dokładnie wtedy zaczął się lockdown.

W międzyczasie rozpoczęłam jedną z dwóch praktyk roku 2020, które udało mi się poprowadzić dłużej niż dzień, tydzień, a nawet miesiąc, co w moim chaotycznym życiu stało się dla mnie dużym osiągnięciem. A były nim Poranne strony wraz z 12-tygodniowym kursem Drogą Artysty, który rozpoczęłam, pierwszy raz w życiu.

Codzienna medytacja poprzez drenaż mózgu jakim było pisanie każdego poranka trzech stron. Wylewanie dokładnie tego, co w środku. Strumień świadomości i podświadomości.

To właśnie wtedy polubiłam słowo dyscyplina.

Odkryłam, że dużo łatwiej przychodzi mi systematyczność w pisaniu niż w wygospodarowywaniu czasu na twórczą zabawę.

A to doprowadziło mnie do uzmysłowienia sobie, że ja rzadko umiem odpoczywać.

Że każdy odpoczynek niesie ze sobą nieprzyjemne poczucie nieuniknionego końca.

Poczucie, które zupełnie nie towarzyszy mi kiedy pracuję. Zrozumiałam, że mój umysł większość czasu przejmuje nade mną kontrolę rzucając mnie jak szczątki okrętu w czasie burzy to w fale przeszłości to w otchłań przyszłości.

Zaczęłam nad tym pracować.

 

Pamiętam kolejny kryzys, nieumiejętność pogodzenia się z tym, że tyle relacji zaistniało bardziej niż kiedykolwiek wirtualnie, że niektóre zniknęły, że może niektórych w ogóle nie było. Poczułam rozdzierający wewnątrz siebie krzyk, kiedy usłyszałam, że mamy nie wychodzić nigdzie, nawet do lasu.

Miałam wtedy ochotę wsiąść w samochód i jechać długo, bardzo długo, bardzo bardzo długo.

 

Nadeszło lato a wraz z nim rozkwit ogrodu, z którym po raz pierwszy w życiu nawiązałam taką intensywną więź, rozpływałam się w zachwycie i uczyłam każdego dnia, niekiedy chodząc spać tuż po świcie, innym razem wstając tuż przed nim, by chociaż chwilę pobyć w tej przestrzeni, kiedy wszystko budzi się do życia.

Lato tego roku wiązało się z różnymi historiami, jednak motywem przewodnim, który krążył w mojej głowie to fakt ukończenia trzydziestu lat. Spojrzenie wstecz i wyciąganie wniosków, domykanie doświadczeń.

fot. Leszek Garstka
fot. Leszek Garstka
fot. Zbyszko Zawadzki
fot. Leszek Garstka

 

Tuż przed urodzinami pojawiło się kolejne zrównanie z ziemią, a wszystko to, co wydawało mi się od początku roku, znów uległo przewartościowaniu.

Przyjęłam po raz kolejny, że czuję się beznadziejnie, że wolałabym się nie czuć wcale i żyłam z dnia na dzień przyglądając się co jest, co odchodzi i pozwalając sobie na każdą emocję.

I tak nadszedł dzień moich urodzin. Po prostu. Kolejny moment, który spędziłam tego roku w górach. Otrzymałam w prezencie piękną baśń od bliskich ludzi i stworzyłam swoją, po prostu, bez planowania, bez przygotowań, i ofiarowałam innym, wyrażając wdzięczność za wszystko, co mnie spotkało, za każdy jeden oddech, i każdego jednego człowieka w moim życiu. Ofiarowałam też swoją materię, czyli ubrania, które akurat miałam ze sobą, by puszczać kolejne ziemskie przywiązania.

fot. Agape Upper
fot. Agape Upper

Przez przypadek zorganizowałam też pierwszy raz w życiu poszukiwanie skarbu z postaciami z Kubusia Puchatka.

fot. Gosia Goliszewska

Nadszedł sierpień i kolejne iluzje odpadały ode mnie jak wyschnięte liście podczas jesiennych wichur.

A przy okazji tego odpadania nastał dzień, w którym zrobiłam aż trzy rzeczy po raz pierwszy.

Wybrałam się do escape room’u, zagrałam mecz quidditcha i zaśpiewałam na karaoke. Tego ostatniego Wam oszczędzę. A to wszystko za sprawą wieczoru panieńskiego mojej siostry.

Jadąc w środku nocy do stolicy po dwóch godzinach snu zastanawiałam się jak bardzo mi się chce próbować tych wszystkich rzeczy, byłam zmęczona, niewyspana, przyjęłam, że tak się czuję. I kolejny raz w ciągu tego roku przekonałam się, że przyjęcie stanu aktualnego jest cudownym momentem, w którym zadziewa się magia transformacji.

Bawiłam się jakbym miała znów 20 lat, mając już 30!

Dostałam propozycję dołączenia do drużyny quidditchowej i poznałam Hiszpanów, którzy opowiedzieli mi o korzeniach jednej z moich ulubionych piosenek Kaczmarskiego, a następnego dnia nie mogłam chodzić, który to stan utrzymywał się przez kolejne cztery dni.

Nadeszła końcówka lata, a wraz z nią pierwszy w życiu kobiecy wyjazd, który zorganizowałam w Borach Tucholskich, w miejscu dla mnie szczególnym.

fot. Monika Augustyn
fot. Monika Augustyn
fot. Monika Augustyn
fot. Monika Augustyn
fot. Monika Augustyn
fot. Monika Augustyn
fot. Monika Augustyn
fot. Justyna Pers
fot. Justyna Pers

 

A po nim kolejny lockdown i kolejne pomysły.

Tym razem w przekonaniu, że wszystko się da, i że mogę próbować, że może mi nie wychodzić, że może mi wychodzić, i że to nic nie oznacza w tym szalonym kosmosie.

Że to ja nadaję temu znaczenie, i w zależności od tego jak bardzo się go trzymam, sama siebie mogę zablokować na długie dni.

W międzyczasie żegnam różne relacje, a właściwie moje wyobrażenia na ich temat, odkrywając kolejny raz, jak potężne konstrukty myślowe mogą wypełniać nasze głowy.

Koniec roku, nabieram rozpędu. Zaczynam organizować warsztaty z porozumienia bez przemocy, zarówno online jak i na żywo. Warsztaty kulinarne, warsztaty językowe. Zaczynam regularnie tańczyć.

fot. Marta Lisiewicz
fot. Magda Ry
fot. Magda Ry
fot. Tomasz Ballaun

Odkrywam, że zaczynam robić to, na co mam ochotę, bardziej niż kiedykolwiek.

Tuż przed nowym rokiem przychodzi kolejna fala zwątpienia.

Witam ją z lekko ironicznym i jednocześnie akceptującym uśmiechem.

I wychodzę z tego 2020 roku z poczuciem zespolenia się ze sobą, tak jakbym połączyła dwie mnie, tę, która jest, i tę, która się sobie wyobraża. I wychodzę z uczuciem, że to ja mam moc sprawczą, jak każdy inny, że to ja naprawdę kreuję swoją rzeczywistość, i że chcę więcej takiej, którą wykreowałam w tym roku, wychodzę z ogromną wdzięcznością za każdą trudność i wiatry, których na zewnątrz brakowało mi bardzo, natomiast wewnątrz miałam ich pod dostatkiem latając w tak odległe rejony siebie, że nawet nie śniłam o ich istnieniu.

I wychodzę jeszcze z konstatacją, że kochamy tak samo, tylko okoliczności zewnętrzne się zmieniają.

Co widnieje w opisie filmu, który udało mi się skończyć w 2020 roku, i który za jakiś czas ujrzy światło dzienne.

fot. Leszek Garstka

A ja zdaje się, że właśnie ujrzałam to światło, zobaczyłam, że jestem ważna, że mogę popełniać błędy, i że jest takie bez-miejsce, bez-przestrzeń we wszechświecie, w której się spotykamy, tańcząc, grając, śpiewając, ciesząc się, i jakby to banalnie nie brzmiało i wyglądało to cholernie przekonałam się, że trochę zajmuje, żeby się do tej bez-przestrzeni wtarabanić. I chcę być w niej jak najczęściej, czego i Wam życzę dzieląc się na koniec moją prywatną listą utworów, w kolejności, w której przychodziły do mnie w roku 2020, i które mnie urzekły, a to znaczy, że słuchałam ich dużo i często, a w ostatnią pełnię tańcząc do nich dziko z Nomadeczką uśmiechnęłam się, bo poczułam, że będą mi przypominać jaki szalony, piękny i przewrotny był ten rok.

podpisano: nomatka

Against All Logic – Know You

Te smaki i zapachy – KRÓL

This is how we walk on the moon – Jose Gonzalez

Circle Round – Murray Kyle

Heart of the universe – Peter Kater, Snatam Kaur

Ślady – Fisz Emade Tworzywo feat. Justyna Święs

Jeszcze w zielone gramy – Teatr Atenum

Wodymidaj Kwiat Jabłoni ft. Ralph Kaminski

Hurricane Love – You Are The Sun – CARDINAL SESSIONS

Little Green Cars – My Love Took Me Down To The River To Silence Me | Mahogany Session

Spirit Bird – Xavier Rudd

Tollo – Monkey Safari

10 Laws – East Forest

Africa Calling – The Human Experience

I Like You – The Human Experience · Saint Sinner

Buteo Buteo – Lukas Endthardt

Flying – Garth Stevenson

FEATHERED SUN – How Strange (Nicola Cruz Remix)

 

fot. Monika Aufustyn
fot. Nomadeczka
fot. Leszek Garstka
fot. Leszek Garstka
fot. nomatkowa Mama
fot. Leszek Garstka
fot. Monika Augustyn