Nomadycznie. Po prostu.

Kiedyś grałam taki monodram o życiu i mówiłam: człowiek nie wie, co w nim siedzi, pierze, zwierzę, szmata, kawał drewna.

I ciągle się zastanawiam czy bardziej pierze czy szmata.  Ale na pewno jakiś wiatr.

Wiatr, który 19 lat temu po raz pierwszy porwał mnie w dalszą podróż, do Afryki, z której pamiętam tylko ogromne rozczarowanie przydzielonym nam apartamentem, gdzie nie było wymarzonego pokoju tylko dla mnie z łóżkiem z baldachimem, za to było biuro podróży, które nas oszukało i łóżko dwuosobowe, na którym musiałam spać z rodzicami i siostrą. Pamiętam jeszcze niespodziewane międzylądowanie, które na pewno nie wyglądało tak dramatycznie jak teraz w mojej głowie.

A potem to już poszło. Wyjazdy bliżej, dalej. Na krócej, na dłużej.

Do Hiszpanii, gdzie chodzenie o 3 w nocy po falochronie w piżamie było zdecydowanie jedynym skutecznym sposobem na zmęczenie rozgadanej dziatwy nocującej w ogródku tuż pod oknem usiłujących zasnąć rodziców.

Do lasu, gdzie każdy krzak nocą stanowił potencjalne zagrożenie, a spanie na zebranym chruście zdecydowanie mniej bolało w romantycznych wizjach „być jak Pocahontas”.

Do Kalifornii, gdzie Death Valley było bardziej death niż valley, a powietrze dało się kroić co najmniej siekierą.

Na Słowację, gdzie wypowiadanych przez kelnerkę serwującą posiłek słów „Nech se paci” wcale nie trzeba było kontrować słowami: niech sama sobie pani popatrzy.

Do Senegalu, w którym rzyganie z okna taksówki było tak właściwe jak taniec w południe przy dźwiękach bębnów.

Do Australii, gdzie Aborygeni sprzedają śliniaki w kangurki z napisem made in china, a (misie) koala ćpają eukaliptus.

Do (nie na) Islandii, gdzie elfy to nie tylko turystyczna atrakcja, a takk znaczy dzięki.

Do autostopowego „byle dalej”, które generuje niezliczoną ilość pięknych koincydencji.

Ludzie mówią. Ludzie są wręcz przekonani.

Że „to całe podróżowanie” to ucieczka.

Nie chcesz się ustabilizować, boisz się zmierzyć ze sobą i swoim życiem.

Boisz się przywiązać do ludzi, do miejsca.

Boisz się.

Dlatego jesteś w ciągłym ruchu.

Otóż nie.

Otóż moje życie to wędrówka. A przemieszczanie to moja stabilizacja.

Jak śpiewa Adam Modzelan, którego utwory zamieszczałam już wcześniej:

Ucywilizowanych nomadów zawsze będzie uwierać cywilizacja. Tylko zmieniające się obrazki za oknem jakiegoś środka lokomocji przynoszą im poczucie stabilizacji.

Nie wiem czy to ten wiatr. Czy geny. Czy przeczytane książki. Czy spotkani ludzie.

Po prostu tak mam.

Odwiedzając dziadków zapatrzonych w ekran telewizora, na którym powoli zmieniały się obrazy prezentujące piękną faunę i florę, przy kojącym głosie Czubówny zapytałam: a nie wolelibyście zobaczyć to wszystko na żywo?

Odpowiedzieli krótko i jasno: nie.

Oni patrzyli na dwuwymiarowe bociany, ja patrzyłam na nich i wtedy zrozumiałam, że każdy swoje szczęście znajduje gdzie indziej.

I to jest piękne.

I już się nie dziwię, tylko żyję.

I Wam też polecam.

Wciąga bardziej niż komentowanie.

Podpisano: Nomatka

Zapisz

Zapisz