Nic nie jest tym na co wygląda.

Taka mnie naszła konstatacja parę dni temu, w jakimś absurdalnym miejscu zapewne, ale nie pamiętam dokładnie w jakim.

No bo tak sobie pomyślałam:

Ja nie wyglądam na siódmy miesiąc ciąży, a na trzeci, albo i nawet drugi.

Waga mojej córki nie wygląda na początek siódmego miesiąca ciąży a na zdecydowanie więcej.

Jej nogi nie wyglądają na ludzkie, a na bocianie.

A ona sama wygląda jak żaba na autostradzie, co skonstatował z kolei pan ginekolog wywołując na mojej twarzy bliżej nieokreślony grymas, a na twarzy mojej córki nie wiem jaki, bo zasłaniała się stopami.

Miłka wygląda na psa, ale w głębi serca nosi koci grzbiet.

Miłka wygląda też na sukę, ale z iście samczym zaangażowaniem obsikuje wszelakie drzewa, krzewy i kępki traw z nogą zadartą wysoko tak, że sama chciałabym umieć się tak rozciągać.

Życie wygląda na beztroskie, ale jest całkiem troskie.

A troski wyglądają groźnie, a tak naprawdę są całkiem przezroczyste.

Moja zupa pomidorowa wygląda na niezłą brejkę.

A moja twarz wygląda na bardzo zmęczoną. 

A ja wyglądam tak jakbym chciała a nie mogła. 

A mogę, tylko nie chcę.

A jakbym chciała to bym wyglądała inaczej.

I cały świat by wyglądał inaczej. 

I słońce by wyglądało.

Zza chmur.

Trochę częściej.

I ptaki by wyglądały jakby śpiewały.

I ta kobieta z parasolką by wyglądała. Jakoś.

I ten pan by wyglądał ładnie przy niej.

I sąsiadka by tak nie wyglądała przez to okno.

Tak bezwiednie analizowałam wygląd wszelakiego stworzenia popijając coś, co wyglądało jak herbata, aż wreszcie wybił mnie z mojego transu dziwny monolog osoby siedzącej obok. 

To jakaś licealistka tłumacząca zapalczywie innym licealistom wszystkie etapy mitozy i mejozy, czyli podziałów komórkowych precyzyjnie rozdzielających materiał genetyczny.
Najpierw przypomniałam sobie, że z genetyki miałam szóstkę w liceum.
Potem pomyślałam o tych chromosomach stacjonujących aktualnie w mojej macicy.
Później popatrzyłam na nich i ich pełne zaangażowanie w struktury, o których pojutrze, najdalej za pięć dni, jeśli wtedy mają sprawdzian, nie będą pamiętać, i które tym bardziej nie przejdą im przez myśl gdy sami będą zostawać rodzicami.
Potem poczułam się staro i zaczęłam się zastanawiać czy równie staro wyglądam.

Bo w zasadzie wyglądać można łatwo. 

Wychodząc spojrzałam na kelnerkę.

„Nic nie jest tym na co wygląda, albo ja po prostu nie założyłam dzisiaj okularów” – wymsknęło mi się bardzo filozoficznie.
Dopiero jej zmieszany jak mój na wizycie u ginekologa wyraz twarzy pozwolił mi stwierdzić, że nie tylko powiedziałam to w swojej głowie, ale raczyłam podzielić się mym odkryciem z resztą świata.

Tak by to na dzisiaj wyglądało.

Podpisano: Nomatka