latrynki i malinki

Szmat drogi i czasu za nami od kwietnia.
Praca u podstaw. Własnej psychiki.

_DSC4861

Podróże kształcą. A podróże z dzieckiem kształcą jeszcze bardziej.

I tak miesiąc jeszcze nie stuknął a już byliśmy w górach.

The very end of everything to było.

Tam, gdzie droga pieszo jawi się jako mniej karkołomne przedsięwzięcie niż jazda terenówką – bo tylko taki środek transportu w ogóle wchodził w grę – jeśli brać pod uwagę środki transportu.

Wyjazd ten zaowocował głęboką więzią, którą nawiązałam z Nomadeczką.  A stało się to na początku, podczas wjeżdżania do tego endu, w samochodzie, kiedy obserwując jej walącą na prawo i lewo małą, anglosaską czaszeczkę postanowiłam brutalnie, ile sił w mych rękach, docisnąć ją do jednej strony. Parę szarpnięć później poczułam małą ciepłą i bardzo zdecydowaną łapkę, która spoczęła na mojej dłoni. A po kolejnych paru, więź pochłonął sen – Nomadeczki, nie mój.

Raz zawiązana już nie zniknęła. Kiedy omotane chustą próbowałyśmy załatwić swoje potrzeby fizjologiczne w latrynie – no dobra, ja próbowałam, jedną ręką trzymając Nomadeczkę (syndrom nie-jestem-przekonana-czy-dobrze-zawiązałam-chustę), drugą próbując wyciągnąć spodnie spod tej chusty, a nogą nieznacznie uchylając drzwi na wypadek gdyby jakiś szerszeń zaczaił się między dechami. Ze wzrokiem wbitym w punkt przestrzeni, modląc się, by żaden pająk nie postanowił akurat wykonać skoku na bungee lądując tym samym na moich włosach, gdyż wtedy nieznane byłyby losy zarówno moje, Nomadeczki jak i całej latryny. Walcząc z bezsensownymi fobiami dodawałam sobie otuchy komentując pod nosem zastaną rzeczywistość. Wyrwana z mantrowania domknęłam nieznacznie drzwi wypatrując zewnętrznego źródła dźwięku z ukrycia. Po czym w szparach przemknęły mi kopyta i końska grzywa, a folklor, który buchnął we mnie końskim łajnem, wywołał głęboką konsternację, która nie trwała jednak zbyt długo, gdyż miała miejsce we wspomnianej latrynie, a tę przepełniało robactwo maści wszelakiej.

Był i rejs. Pięciotygodniowy. I wszystkie pytania – a gdzie będziecie spać? A gdzie będziecie prać? A gdzie będziecie żyć?

Wszyscy śpią na łajbie, o innym miejscu nic mi nie wiadomo. Prać można nawet w Muzeum Regionalnym w Międzychodzie. A żyć to chyba już naprawdę można wszędzie.

Tak nam się przynajmniej wydawało przez całe pięć tygodni i wydaje do teraz.

Nie przestaliśmy żyć nawet wtedy, kiedy rzuciła się na nas chmara gzów, które okazały się jedynie preludium do chmary komarów – te dopiero cięły równo i wszystkich. Uskuteczniłam więc taniec z Nomadeczką na rękach, który ochronił ją prawie tak skutecznie jak rytuały szamańskie wywołujące deszcz. W przerwie między bieganiem i machaniem rękoma, wygrzebałam jeszcze olejek goździkowy, by jako super-eko-mama podzielić się nim ze starszymi,niemoimi, latoroślami. Olejek powędrował nie tam, gdzie trzeba i poskutkował głośnymi lamentami i szlochami załzawionych oczu, które ojciec jednej ze wspomnianych latorośli próbował opłukać. Wrzątkiem jak się w trakcie okazało, a to wywołało jeszcze większą lawinę krzyku.

Latorośl krzyczy, że boli. Ojciec krzyczy, że ma nie krzyczeć. Latorośl krzyczy, że ma na nią nie krzyczeć. A ja odganiam te komary i patrzę na Nomadeczkę i myślę jak bardzo uszczęśliwia mnie moment obecny.

Wrażenie to utrzymuje się jeszcze parę kolejnych dni, podczas których obcujemy z hordą 8 i 9-latków, które nie wiedzieć czy przez wcześniejsze dojrzewanie czy brak sportu latają rozwrzeszczane jak banda dzikusów, rozrzucając rzeczy na prawo i lewo.

Każde miejsce ma swoje uroki, więc banda dzikusów zmienia się w brak wody jakiejkolwiek poza rzeczną przez kolejne parę dni. Ach, no jest szlauf, którego ciśnienie robi mi dziurę w udzie, w duchu dziękuję, że wypróbowałam na sobie i nie uszkodziłam dziecka.

(…)

Minęło trzy i pół miesiąca – pająki to moi najlepsi przyjaciele.

Trenuję kulturystykę dla matek – obciążenie 6 kilogramów.

Nomadeczka zyskała miano najmłodszej załogantki.

Odkryłam, że każda próba planowania spala na panewce w momencie jej podjęcia – szczególnie jeśli chodzi o przewidywanie potrzeb fizjologicznych.

Czy stałam się stateczną matką?

Raczej statkową. A teraz znów lądową i zaraz będę famową.

Bo jedziemy na FAMĘ mówić o karmieniu piersią.

Daję dychę, że Nomadeczka do kolekcji tytułów dorzuci tytuł najmłodszej famowiczki.

Tymczasem.

Podpisano: Nomatka

PS Zapomniałabym o malinkach. Nomadeczka wcina malinki, od babci. Takie podobno bez pestek – przesiane, ale pestki i tak są.  No i robi malinki. Wystarczy chwila nieuwagi, zassanie i jest. Malinowy mamy czas, bez dwóch zdań.

  • To prawda, że podróże z dzieckiem kształcą, ale również stresują, przynajmniej mnie. My ciągle podróżujemy, bo obie rodziny mamy daleko i czasem te wojaże to dla nas jazda bez trzymanki. Teraz jesteśmy już w czwórkę i myślę sobie, że dopiero się zacznie prawdziwy hardcore. Ale nie narzekam, bo lubię te nasze wypady :).

    • Przyznam, że ja też popadam niekiedy w lekki stres 😉 Ale staram się szybko wyluzowywać i przypominać sobie, że przecież robimy to, bo takie życie nam pasuje i wtedy jest pięknie. 🙂
      Z dzieckiem każdy wypad to wielka, zaskakująca przygoda, wyobrażam sobie jaka to przygoda z dwójką. 🙂

  • Ewa Kayenn

    Jestem tu pierwszy raz ale bardzo pozytywnie tu u was 🙂 Z dzieciakami da sie wypocząć, mimo tego, że wiadomo, popalić dadzą zawsze 🙂

    • 🙂 Na każdym etapie dają popalić inaczej, choć u nas jeszcze bym nie użyła tego sformułowania, na razie jest bardzo spokojnie. 😉