Iceland – the state of mind.

 

Jadę. Lecę. Odkrywam.

 

Lecę. Jadę. Pytam.

Spotykam. Odczuwam. Odżywam.

Ogromnymi oczami wpatrywałam się w pustkę, która chyliła się u moich stóp, jeszcze nieosiągalna bezpośrednio. Zaparło mi dech w piersi. Wylądowałam na księżycu.

Słyszałam melodię nieznanej mi pieśni śpiewanej przez księżycowych ludzi.

Słyszałam swoje podekscytowanie.

 

Samotnie przemierzając kolejne kilometry coraz więcej rozumiałam. Potrafiłam powiedzieć myślom – dajcie spokój. Dajcie mi spokój. Możecie odpłynąć gdzie indziej. Wiatr znosił mnie na prawo i lewo. Wyprawiał harce z moją spódnicą i burzą włosów. Zostawił pieczęć w postaci zmrożonych i czerwonych policzków.

Poza skrawkiem papieru i ołówka oraz książką nie potrzebowałam niczego więcej. W zasadzie zazwyczaj nie potrzebuję niczego więcej. Wszystko otrzymałam. Otrzymałam więcej niż się spodziewałam. Ziemia pozwoliła mi poczuć siebie. Byłam całkowicie zespolona z kosmosem.

Iceland – the state of mind. Tak wtedy sobie powiedziałam i obiecałam, że będę wracać do swojego stanu umysłu. Żeby go zweryfikować.

Nie sądziłam, że nastąpi to tak szybko. Choć całe galaktyki dzielą mnie od punktu, w którym byłam wtedy, w tej nomenklaturze to tylko dwa lata.

Zmieniłam się ja i zmieniła się Islandia.

Oczekiwałam ponownego uwolnienia, prawdziwego spotkania ze sobą.

Zirytowana podróżą, podczas której wysłuchiwałam zza pleców naprzemiennie wypowiadanych przez całkiem już rosłe rodzeństwo tekstów, że im się nudzi, że chcą już wylądować, że chcą jeść, ale nie te kanapki, które mama im zrobiła, tylko te samolotowe, że on jej wyjadł ser, a ona go szturchnęła, że im się nudzi, i że „o nie, jedzie przed nami dziecko” i „o, to najgrzeczniejsze dziecko, bo w ogóle nie płakało”, i  że „ej zobacz, tu nic nie ma, no nic nie ma” i „ej, no właśnie o to chodzi”, nabrałam islandzkiego powietrza, które jednak pachniało trochę inaczej niż za pierwszym razem.

Cieszyłam się na spotkanie z wodospadami, z gejzerami, ze skałami, z wiatrem.

Nie spodziewałam się tylko, że to spotkanie już nigdy nie będzie intymną rozmową natury i człowieka.

Że nie będę mogła się w nią zanurzyć i podziękować jej, że jest.

Czułam się tak, jakbym wybrała się na randkę na stadion i to w dodatku podczas jakiegoś kluczowego meczu. Czułam się jak w serialu Black Mirror.

Ludzie wysiadający z samochodów-wieżowców, które lepiej taranują drogę i można wedrzeć się w te niedostępne ścieżki, te nieudeptane, nie zamienione w wielkie bagna od nadmiaru depczących je stóp.

Ci ludzie wysiadali i od pierwszych kroków  skanowali wszystko dookoła. Jakby robili panoramę ileś tam D. Może mają taki program, że jak to zeskanują, to mogą sobie w domu chodzić w takiej wirtualnej rzeczywistości na spokojnie? Kurcze nie znam się. Ja tylko chciałam spotkać się sama ze sobą i nie oglądać przy tym tyłków osób robiących zdjęcia innym tyłkom, które robiły sobie akurat pięćsetne selfie pod innym pięćsetnym kątem.

Zrobiło mi się smutno, ale nie od nadmiaru ludzi.

Od nadmiaru beztroskiej ignorancji, która panoszy się i niszczy te delikatne struktury życia pod sobą.

Mogłabym teraz jak Pocahontas śpiewać, że to nie tobie ryś się zwierza w księżycową noc i że nie wiesz, jakie zioła w Islandii można zbierać i na co są dobre.

Zaśpiewałam zamiast tego kołysankę. I zrozumiałam, że uwolnienie się od przestrzeni i od jej mimowolnego zawłaszczania daje prawdziwy oddech. I dlatego Islandia is no longer the state of mind. To miejsce, które zobaczy wielu, o którym marzyć będzie wielu, a którego najprawdopodobniej nikt nie pojmie. Do mnie tym razem dotarło, że natura doskonale sobie z nami radzi i że dopóki nie spojrzymy w innych częstotliwościach, nigdy nie zobaczymy elfów.