Dziecko dzieckiem a ciąża się sama nie podsumuje.

Postanowiłam zrobić ten wpis już dawno, bo wiem, że ludzie lubią takie różne podsumowania.
To nie jest tak, że jak się dziecko pojawia, nagle nie masz czasu. Paradoksalnie masz go więcej.

Tylko co poradzić, że łapiesz się na tym, że już czterdziestą minutę wpatrujesz się w ten pojękujący przez sen twór, który wymachuje przy tym nieskoordynowanie rączkami i gałkami ocznymi, a po piętnastu minutach przebywania w innym pomieszczeniu wracasz, bo się stęskniłeś, bo chcesz się upewnić, że oddycha, bo chcesz się upewnić, że to nie sen, że ona nadal tam jest.

Sprawdziłam. Nadal tam jest.

Doszłam do wniosku, że jeśli tak dalej pójdzie, wpis ten powstanie na jej osiemnastkę, a wtedy już mało kogo interesować  będzie co się działo w okresie tak zwanym prenatalnym.

Zatem zebrałam się i piszę.

Liczby.

Zaczęło się od 9. Sierpnia. Kiedy dwie kreski na dwóch testach wskazały jednoznacznie, że coś jest na rzeczy.

A więc 8 sierpnia, po miesiącu intensywnego świętowania dni letnich i beztroskich, całkiem nieświadomie wypaliłam ostatniego papierosa, obaliłam ostatnią butlę wina i oddałam się po raz ostatni innym tego typu przyjemnościom, by zasnąć w stanie upojenia i obudzić się otulona szczelnie odorem alkoholowym ziejącym z pochrapujących obok mnie zaległych na glebie pod osłoną nieba osób.

29 września. Wtedy Nomadeczka odegrała pierwszą rolę życia swojego. Wtedy też po raz pierwszy ją zobaczyliśmy. Nie sądziłam, że kiedykolwiek u ginekologa będę czuła się jak podczas filmu science fiction, odczucie to osiągnęło apogeum, kiedy Nomadeczka zamaszyście pomachała swoją mikroskopijną kończyną, wywołując oczywiście szereg westchnień w naszych nieco skostniałych jeszcze sercach: patrz! przywitała się z nami! Wtedy została też nazwana Kropką łamaną na Kropka, gdyż płeć jej była nieznana, a mówienie TO o własnym dziecku jakoś nam nie leżało.

Oznajmianie nowiny stało dla nas niezłą rozrywką, bo w końcu ile osób, tyle reakcji.

Począwszy od rodziny – babcia, wprawiona w boju (bowiem to jej piąte wnuczę), skwitowała nasz wypowiedziany pełnym emocji mających na celu zbudowanie napięcia głosem komunikat: „zostaniesz… babcią” stwierdzeniem: no, czas najwyższy.

Druga babcia z kolei, która babcią stała się po raz pierwszy w życiu,  zareagowała dość oryginalnie,bo od stwierdzenia, że skoro jestem w ciąży, nie będę mogła poddać się planowanym na sierpień badaniom, po czym zapytała kto jest ojcem, czym mnie z kolei zbiła z pantałyku.

A świeżo upieczonego dziadka udało mi się zagiąć. Gdy zadzwoniłam, zapodał mi, jak to określił „newsa tygodnia”, że kot po długiej nieobecności wrócił do domu. Mój news jednak okazał się lepszy.

Jedyna natomiast prababcia Nomadeczki z właściwym swoim trzewiom nie-owijaniem-w-bawełnę wypaliła: o ja pierdolę, mówisz serio, czy żartujesz?

Część osób, ta znająca nasze życiowe plany, na nowinę reagowała uśmiechem pomieszanym z zakłopotaniem i stwierdzeniem „to fajnie” zakończonym ewidentnym znakiem zapytania.

Ale generalnie panowała radość, czasem aż nieprzyzwoita i niespodziewana. Na pewno budująca.

Pięć miesięcy mdłości zamiast trzech? To da się przeżyć.

Rzygania jak na filmach, że lecisz na łeb na szyję i przytrzymujesz ręką usta, a potem chlustasz do kibla podtrzymując się o klapę, nie było.

Nie było też brzucha. No nie było! Do dnia porodu mogłam skrzętnie ukryć fakt bycia w ciąży pod trochę luźniejszą bluzą.

Bez brzucha nie było ustępowania miejsca w autobusie. Nie było też sesji zdjęciowej z brzuchem. Była za to sesja zdjęciowa ze skurczami. Bo przecież kiedyś trzeba te zdjęcia zrobić, a czasu nie było, no i tego brzucha. Zdjęcia pomiędzy skurczami, kiedy odchodzą z Ciebie wody płodowe, a Ty grasz na bębnie i zastanawiasz się czy zdążysz dojechać do szpitala, są najlepsze, a na pewno najbardziej natural(istycz)ne.

Przemieszczając się po ciążowych statystykach – ile razy ogarniała mnie przemożna wściekłość, która wylewała się ze mnie wszystkimi otworami? Wściekłość, którą starałam się ujarzmiać i ostatecznie ograniczała się do opryskliwości i oziębłości. Dużo razy. Powód? No bardzo prosty. Oni mogą – a ja nie. Oni mogą żłopać kawę od rana do nocy, a ja nie. Oni mogą sobie pić alkohol. Ba, mogą się nim nawet upić. A ja nie. Mogą siedzieć do trzeciej w nocy. A ja nie. Bo był czas, gdzie 22 stanowiła środek nocy.

Poleżałabym na brzuchu. Co z tego, że nigdy nie miałam w zwyczaju leżeć na brzuchu. Teraz mam taką ochotę. I dupa. Nie poleżę. A później to nawet leżenie na plecach i na boku do najwygodniejszych nie na-leżało. Najlepiej stać, albo siedzieć, albo najlepiej już urodzić.

Staliśmy się specjalistami od dziennego zapotrzebowania na wartości odżywcze kobiety ciężarnej, od sposobów na mdłości, od filmików na youtubie pokazujących rozwój płodu, od filmików na youtubie pokazujących śmieszne dzieci, od danych na temat tego, kiedy dziecku rosną paznokcie a kiedy rzęsy, od szacowania wagi dziecka przez usg, od popularności imion w naszym kraju, od niefarmakologicznych sposobów łagodzenia bólu porodowego, od pomocy ręcznych stosowanych podczas porodu pośladkowego, od aplikacji ułatwiających liczenie skurczów, od paranoi ciążowych i huśtawek emocjonalnych. Od życia, naszego życia.

Kto nas zna, rzekłby „no proszę, kto by pomyślał”. No, kto by pomyślał?

Teraz będziemy stawać się specjalistami od życia we trójkę, od odkrywania każdego dnia na nowo, od niekończącej się przygody co rusz wkraczającej na nieznane dotychczas obszary.

Pustka tam, gdzie było życie, nie jest dotkliwa. Bo życie jest od trzech tygodni wszędzie.

Aha, i żeby dziewiątek było zadość, akcja porodowa rozpoczęła się 9 kwietnia. Ale wizualizacje, by sam poród odbył się 9 lub 11 kwietnia, albo nawet później (może być i 15), na nic się zdały. Nomadeczka miała swój plan. Dokładnie gdy wybiła północ 10 kwietnia ruszyliśmy do szpitala. Przyszła na świat o 3:15 z wagą 2730.

I to by było na tyle jeśli chodzi o statystyki.

Przerabiając Szekspira: The rest is love.

Podpisano: Nomatka

 

 

  • Reakcje bywają najróżniejsze. 🙂

    • I ta różnorodność jest genialna, poznaje się ludzi z zupełnie innej strony 🙂

  • Czytam, że ciąża, mimo iż nie planowana, była bardzo ekscytującym przeżyciem. Osobiście nie wchodziłam w temat paznokci, rzęs i tym podobnych cudów. Rosło, było, się urodziło. A reakcje najbliższych były, w Waszym przypadku, na pewno niezłym doświadczeniem. Prababcia zdecydowanie wygrała 🙂

    • O tak, okazuje się, że często coś, czego w ogóle nie planujemy okazuje się najbardziej ekscytujące i rozwijające 🙂