Ciąża jest jak lotnisko w Reykjaviku.

20290024

Może to głód podróżniczy mną powoduje. Jakiś nagle wzbudzony sentyment, bo znajomy właśnie się do Islandii wybiera i mnie o tym poinformował. A może jeszcze coś innego. Nie wiem.

 Ale dzisiaj patrząc na mój brzuch, który tańcował od prawej do lewej uznałam, że czuję się zupełnie jak na lotnisku. Tak, i to w dodatku na lotnisku w Reykjaviku. Może ta precyzja wynika z faktu, że ostatnia noc na lotnisku jaką spędziłam była właśnie tam.
Spędziłam na nim około 17 godzin. Od popołudnia do wczesnego ranka, co widać na załączonej ze Smieny fotografii.
Co ja takiego robiłam?
Czytałam. Wtedy przeczytałam jakieś 90% książki, którą zabrałam ze sobą na wyjazd. Ale ona nie była znów taka długa. Więc większość czasu jednak nie czytałam. Siedziałam. Obserwowałam. Zastanawiałam się. Obserwowałam. Nawiązałam kontakt z panem dwa krzesła dalej. A właściwie to on nawiązał. Poczęstował mnie czekoladą, której nie przyjęłam. Pokrzepiona ludzką bezinteresowną próbą kontaktu międzyludzkiego, po chwili usłyszałam prośbę, czy mogę rzucić okiem na jego bagaż, bo idzie do toalety. Rozejrzałam się. Nie było nikogo wokół. Cóż, za dużego wyboru nie miał. Sama prośba, już mnie nie dziwi, zdarza się, że ludzie proszą Cię o przypilnowanie ich dobytku w postaci małego plecaczka, kiedy chcą odejść w ciemnym lesie o godzinie pierwszej w nocy jakieś 10 metrów od Ciebie. Zatem prośba o popilnowanie bagażu na pustym lotnisku w Reykjaviku jest zupełnie zrozumiałym zachowaniem.
Pan wrócił z toalety, na tym skończyła się nasza więź. Mijały godziny. Ktoś przechodził. Snuł się. Ładnie zachodziło słońce. Coraz więcej osób zajmowało coraz więcej krzesełek. Każdy zajmował po dwa. Ja też. I nadeszła faza snu. Przerywanego. Takiego, w którym obejmujesz swój bagaż rękoma, próbujesz zrobić z niego wygodną poduszkę i nie połamać sobie karku. Odkrywasz coraz to nowe możliwości przekładania rąk. Budzisz się coraz częściej. Aż wreszcie budzi Cię pani z obsługi lotniska, która stanowczo informuje, że tak nie można spać, bo jest niebezpiecznie. Rozglądasz się. Nie jesteś pierwszym brutalnie wyrwanym ze strzępków snu. I dochodzisz do wniosku, że tu wcale nie o bezpieczeństwo chodzi a o estetykę. Więc wpychasz sobie bagaż między nogi i dosypiasz na siedząco ze zwisającą głową. Z godziny na godzinę jest trudniej. Choć wiesz, że już zaraz za moment polecisz. Przez chwilę zawiśniesz między chmurami i mimo że wracasz, wcale nie wracasz, bo jesteś cały czas w drodze. To tylko taki transfer, pomiędzy jednym stanem a drugim. Nie wyjazdy i powroty.
No właśnie.
I tak ledwo łapiąc oddech, bo głowa wciska się pod żebra poczułam ten korytarz powietrzny, ten transfer. Już nie jestem ani bezdziecka ani zdzieckiem, jestem pomiędzy. I to >pomiędzy< trwa już dobrych parę godzin, więc pozycje przynoszą coraz mniej ulgi i coraz większy dyskomfort się wkrada. I jeszcze ta pani, której o coś chodzi, a Ty nie wiesz o co.
Patrzę na zdjęcie wschodu w Reykjaviku i wyobrażam sobie, że już za chwilę polecę. Pierwszy raz nie wiedząc dokąd. Ale jak już będę w chmurach, to >dokąd< podobnie jak >skąd< przestanie mieć znaczenie.

Podpisano: Nomatka