4 rzeczy, których nauczyła mnie szkoła… i które mam nadzieję kiedyś zapomnieć.

Niniejszy tekst  jest subiektywny, poparty empirią i byciem najlepszą uczennicą.

Okoliczności zewnętrzne plus moja osobowść złożyły się na taką a nie inną historię.

Jestem ciekawa jaka jest Twoja?

 

Wszyscy się rodzimy.

Oddychamy, jemy, śpimy, wydalamy. Wszyscy też się uczymy.

To jest wrodzone i naturalne.

Różnimy się jedynie strategią, którą w tym realizujemy.

 

W teorii ja muszę interesować się wszystkim.

 

Zaobserwowałam, że chcę wnikać w tak wiele rzeczy i chcę je poznać, chcę usłyszeć mechanizmy rządzące najmniejszymi i największymi zjawiskami tego świata, procedury, jak działają klocki hamulcowe, mózg człowieka, bioróżnorodność, fizyka kwantowa, coaching biznesowy, truskawka i jamniczek.

 

W szkole miałam 5 i 6 ze wszystkiego. Ze wszystkiego, a więc historii, fizyki, matematyki, polskiego, wychowania fizycznego, geografii, łaciny i paru innych przedmiotów. Czyli że się znałam? Absolutnie nie, ale moja bezbłędna pamięć pozwalała mi  recytować teorię jak z karabinu. A potem zapominać, bo ewolucyjnie nie będę przecież pamiętać sytuacji, których nigdy nie wykorzystam.

Pod koniec roku tworzył się nieformalny nauczycielski team, który bardzo gorliwie proponował mi dodatkowe zadania, żeby przypadkiem nie zaniżyć średniej akurat ich przedmiotem. Wchodziłam w to. I tak z roku na rok moje nazwisko kojarzyło się z paskiem, szóstkami i wzorowym zachowaniem.

Skoro jestem widziana, doceniona i uznana wtedy, kiedy jestem najlepsza, nie mogę powiedzieć, że nie interesuje mnie polityka, podatek VAT, sprzątanie czy położenie geograficzne Zanzibaru. Bo bycie najlepszym we wszystkim równa się przecież mojej wartości.

Jednak przykładając się do wkuwania teorii rzadko kiedy ktoś pokazał mi, że można ją zastosować w praktyce.

Na pewno potrafiłam opisać cały proces podziału komórkowego, potrafiłam streścić przebieg bitwy pod Cedynią i wymienić wszystkie etapy zlodowacenia w Polsce. Był taki dzień, może nawet tydzień, że potrafiłam.

Kiedy obserwuję Nomadeczkę testującą wszystko, czego się dowie, mielącą to na prawo i lewo, na milion sposobów, bez żadnego przymusu, zastanawiam się, kiedy u mnie ten mechanizm wszedł w tryb stand by. Próbuję to zmieniać. Czytając o kolejnych metodach zarządzania sobą w czasie dostrzegam, że mogę to testować, ale zdecydowanie nie przychodzi mi to naturalnie i w sposób oczywisty. Potrzebuję przyjąć sporą dawkę refleksji w miejsce, gdzie inni działają z lekkością motyla (a może to tylko ich mimikra?)

Jednocześnie kiedy słyszę coś, co dotyka materii kompletnie mi obcej, kiedy słyszę jak funkcjonują poszczególne elementy jakiegoś mechanizmu, mój mózg się odcina, mój mózg od razu nie wie, od razu błądzi gdzieś myślami, jest daleko stąd, zdania zaczynają się rozpełzać i lepić, znika czytelność i prostota, wlepiam oczy wielkie jak spodki i pewnie lekko rozdziawiam buzię (tego nie było w podstawie programowej).

Wielka kula formuje się na moich oczach i przygniata mnie, jestem w stanie wydukać jedynie – eeee, możesz powtórzyć?

Ten stan odpala się z automatu, i ten mechanizm akurat zaczynam rozumieć coraz lepiej.

Moja głowa tkwi w przekonaniu, że to jest trudne, skomplikowane, że nie ogarnę, bo nigdy takich rzeczy nie ogarniałam. Bo zawsze znajdował się ktoś, kto to zrobi. W szkole przedmioty techniczne były marginalne i na pewno nie wyszyłam tego małego pieska dokładnie tak jak było we wzorze ani nie skleciłam nic na płytce arduino sama. A skoro nie, to ktoś to ocenił i przyklepał – nie nadajesz się.  A więc nie nadaję się, żeby cokolwiek próbować pojąć. Technika i ja nie idziemy w tę samą stronę.

I wreszcie 12 godzin lekcyjnych 5 dni w tygodniu – był taki moment. Oczywiście były tam jakieś dodatkowe historie jak np. język hiszpański, który uwielbiałam i który był ostatnią wisienką na gorzkim torcie godzin spędzonych w pozycji siedzącej i próbującej utrzymać skupienie.

Godziny lekcyjne trwały 40 minut. Żeby ktoś nie pomyślał przypadkiem, że mówię o 45-minutowych.

Popołudniami zajęcia dodatkowe i po nocach odrabianie lekcji. Uczenie się kolejnych zdań z historii między jedną drzemką a drugą. Niektóre noce były naprawdę długie w stanie zawieszenia pomiędzy jawą, snem a sprawdzianem.

Kiedy przeczytałam ostatnio w jednej książce o metodzie 60/40, czyli zaplanuj sobie czas w 60% a 40% zostaw na sytuacje nieprzewidziane, pojawiła się myśl  – jak to?

Przecież trzeba cały czas coś robić, bo tylko tak można wciąż pozostać widzianą.

Bo jeżeli nagle w moim dniu zrobi się przestrzeń na jakiś odpoczynek, to jak ja to ogarnę? Co ja wtedy zrobię? Pewnie zacznę robić coś, co mi zalega, oddam jakąś starą pacę domową albo stworzę nową na wszelki wypadek.

Piszę do Was z punktu, w którym jestem, czyli z historią, której się przyglądam, z częstym brakiem wiary w siebie, z budowaniem na nowo poczucia własnej wartości. Bo jeśli tyle lat spędziłam w taki sposób, to czemu wymagam od siebie żeby dzień, tydzień czy miesiąc wszystko zmienił? A kiedy tak się nie dzieje, wpada Wewnętrzny Krytyk na szybką kawę i zostawia mnie przygniecioną do ziemi wyrzutami sumienia, poczuciem winy, że nie jestem taka jaka wymarzyłam sobie być.

Coraz częściej coraz więcej robię rzeczy, które lubię. Cieszę się z tego, co mnie spotyka.

Ale często też pojawia się flash back i wycofuję się, chowam do skorupy i zastanawiam, co ja właściwie robię? Czy to ma jakąś wartość? Jakiś sens?

Kiedy odkrywam go na nowo, wracam tu i dalej piszę, bo gdzieś w głębi czuję, że to może przydać się też komuś innemu, może ktoś poczuje się raźniej, bo też tak ma, a może pozna inną perspektywę i będzie bardziej empatyczny? A może zniknie to w oceanie informacji. Cokolwiek się stanie, lubię pisać i to się nie zmienia niezależnie od momentu w moim życiu. Pierwszą książkę napisałam w podstawówce. Czcionką 36 i archiwizowałam to na dyskietce.

 

Pięknego dnia!

podpisano: nomatka

 

PS I pisząc słucham muzyki, a to jest jedna z większych przyjemności w moim życiu. Od jakichś dwóch tygodni w zapętleniu towarzyszy mi to