Z okazji miłości

My,  ludzie, tworzymy wiele okazji do świętowania, to zrozumiałe, bo świętowanie jest naszą naturą. Świętowanie każdego momentu, każdego oddechu.

Nie różnimy się tym zbytnio od innych stworzeń.

To, co nas odróżnia, to fakt, że używamy kalendarza, że układamy sobie czas, żeby się dogadywać, łatwiej coś ustalać, ustalać godziny, tak by nikt na nikogo nie musiał czekać i jednocześnie coraz trudniej nam w tym kalendarzu znaleźć przestrzeń na to, żeby nikt na nas nie czekał. Żeby usiąść, pogadać, pomilczeć, spontanicznie zrobić coś, poza czasem.

 

 

W naszej ludzkiej naturze obok pragnienia związanego ze świętowaniem jest jeszcze jedno silne pragnienie – monotematyczności.

Ono jest tak silne, że nie sposób mu się wyślizgnąć, wymknąć. Cokolwiek byśmy nie robili, jesteśmy monotematyczni. Tacy już jesteśmy.

I jak bardzo byśmy nie skrywali tego w sobie, oczy zaświecą nam się bardziej ilekroć usłyszymy słowo miłość, ubrane w różne, wyszukane opakowania, podobnie jak cukier w sklepach zapakowany w nieskończoną ilość nazw, barw i aromatów.  Ale to wciąż cukier.

Muzyka, taniec, sztuka, polityka, ciało, praca, smutek, melancholia, za dużo, za mało, nie tak, jak trzeba. To wszystko wciąż miłość. Popatrzę na Ciebie i przypomnę sobie o tej monotematyczności. Jak bardzo groźnie i nieprzyjemnie byś nie wyglądał/nie wyglądała. Uśmiechnę się, bo znam Ciebie bardziej niż możesz przypuszczać.

 

 

Jako że dorastałam z Anią z Zielonego Wzgórza pod poduszką bliżej mi było zawsze do romantycznych uniesień niż swobodnego dystansu. I tak dawałam się pochłonąć emocjom, a tuż za emocjami podążały rzeki myśli, wyobrażeń, marzeń i wreszcie… muzyki. O tak, niemal każda historia ma swój jeden wiodący utwór, niektóre mają ich nawet całe mnóstwo.

Byłam nastolatką, która marzyła o pierwszym pocałunku przy wschodzącym lub zachodzącym słońcu nad morzem, na plaży. Z perspektywy czasu bawi mnie ta wizja, ale wtedy traktowałam ją śmiertelnie poważnie. Możecie sobie zatem wyobrazić moje rozczarowanie, kiedy ów pocałunek nie odbył się w wymarzonej scenerii, a na przystanku autobusowym, w biegu, z zaskoczenia, a zęby mojego chłopaka przyrżnęły o aparat na zęby, które w tamtym czasie zdobił mój uśmiech. On (ten chłopak) odjechał, a ja szłam zdruzgotana i obruszona do domu, przeklinając niemożność cofnięcia czasu i układając w głowie adekwatny status, który zamieszczę na ówczesnym komunikatorze (GG) zaraz po powrocie do domu.

 

 

Dlaczego o tym piszę?

Bo to wspomnienie, żywe we mnie do dziś, jak pewnie dla większości różne pierwsze razy, było dla mnie symbolicznym początkiem miłości i nauki o niej. O tym czym są oczekiwania, czym jest rzeczywistość i czemu one często się rozmijają i czy ja na pewno potrzebuję tak dużo oczekiwać i wyobrażać sobie za cenę bycia, bycia z tymi, którzy są obecni w moim życiu. Uczę się tego do dziś, a kiedy dostaję taki prztyczek w nos jak wtedy dzwonienie aparatu na zębach, uśmiecham się i spoglądam czy nie poszłam gdzieś za daleko sama, bez tych osób, które kocham, i których szczęścia pragnę. Ilekroć udaje mi się spotkać w sobie wszystkie te części, które mnie tworzą i jeszcze wsadzić je w tu i teraz, dzieją się piękne rzeczy, z różnymi osobami.

 


fot. M. Marcysiak

I wypowiadam na głos ogromną wdzięczność za wszystkie relacje, które mnie spotkały w życiu. Być może naprawdę mam dużo szczęścia, a może z perspektywy zmian, które się we mnie dzieją, umiem je dostrzec. Przez te wszystkie lata dorastania, dojrzewania, odkrywania siebie otulały mnie ciepłe emocje różnych związków. Nie brakowało oczywiście dramatów, ale one po latach okazują się nie być ostateczne, tylko transformujące, a w gatunki filmu jakim jest życie, wpisany jest zarówno dramat jak i komedia. Jedno i drugie może być romantyczne, ale nie musi.

Parę tygodni temu obudziłam się z obrazem kiełkującego nasionka, z którego biła świeża soczysta zieleń. Pomyślałam, że jeszcze za wcześnie na wiosnę, rozejrzałam się dookoła i zamilkłam. Wokół mnie rozpościerał się ogród, pierwszy raz w życiu zobaczyłam go w całej okazałości, były w nim wszystkie nasiona, które kiedyś zdecydowałam się zasiać w moim miłosnym życiu. Z niektórych powyrastały rośliny i nadal żyją, niektóre już uschły, ale wszystkie są tak bliskie, tworzą i zasilają mój ogród, nawet jeżeli same nie rozwinęły się wystarczająco, by nadal trwać. Ja jestem ogrodem, a ogród mną. To pozwoliło mi zaczerpnąć głęboki oddech i iść dalej w pełnej akceptacji wszystkich wyborów, jakich dokonałam do tej pory.

 

I z romantycznej strony zakończyłabym pewnie tym utworem

 

 

Natomiast z tej przekornej mam ochotę zakończyć tym

 

 

Bo tak, nieraz się zastanawiam, co robią ci wszyscy, którzy przez jakiś czas kręcili się razem ze mną  wokół słońca, co robią, z kim, gdzie i przede wszystkim czy są szczęśliwi.

I wysyłam im wszystkim szczere życzenie radości i spełnienia oraz wdzięczność za współistnienie i współodczuwanie.

 

Pozwólmy sobie na miłość, taką, na jaką mamy ochotę, w taki dzień, w jaki będziemy mieli ochotę i pamiętajmy, żeby przy tym pozostać sobą.

Just do it now.

 

Dziękuję, że jesteście.

Podpisano: nomatka