Agar, delicje i le vent nous portera

fot. M. Podworny

 

 

 

Ostatnie dni mijają przy akompaniamencie niespokojnych wiatrów i szumu potoku za oknem, o którym zdążyłam we śnie zimowym zapomnieć. Czuć, że jesteśmy w górach.

Wędrując nocą po opustoszałych uliczkach nie sposób spotkać żywej duszy, nikt nie wraca z imprezy. Nie słychać muzyki, czy raczej kakofonii, jak na deptaku w Poznaniu o  5 rano. Nikt nie stuka obcasami po kocich łbach, ani nie przejeżdża śmieciara i panowie sprzątający, żeby zdrapać resztki kebabu zanim zostaną udeptane przez ludzi już teraz zaraz zmierzających do pracy.

Gwiazdy, wiatr i cisza bez słów.

ME-DIT.

Medytowałam kiedyś na ulicy. W Poznaniu. I byłam zawieszona w czasoprzestrzeni. Pomiędzy tymi, którzy kończyli swój dzień, a tymi, którzy go rozpoczynali. Piękny bezczas o 5 rano. Robiłam to cyklicznie, więc pan sprzątający nauczył się, żeby mojego dywanika nie ruszać, tylko omiatać go wokół.

fot. M. Podworny

 

Tu możecie zobaczyć dokumentację pokazu tego cyklu. Potrzebowałam do niego źródła prądu, by ten stary telewizorek zadziałał. Puby i sklepy nie stały się przychylne.

W akcie desperacji i skracającego się czasu do godziny 0, czyli 5, dopadłam jakiegoś lekko wstawionego mężczyznę, który próbował trafić kluczem do dziurki i otworzyć wielkie drzwi kamienicy, przed którą leżał dywanik. Zaczęłam mu gorączkowo tłumaczyć, że potrzebuję tylko włączyć mój cholernie długi przedłużacz w jego domu, spuścić kabel przez okno, i że tak uratuje mi życie. Nie wiem, na ile byłam dla niego sennym zlepkiem słów, na ile koszmarem, ale się zgodził, a w drodze na drugie piętro, na którym mieszkał, zdążyłam dowiedzieć się, że wrócił zdecydowanie za późno, i że oczekująca go kobieta jest dla niego w tym momencie rzeczywiście sennym koszmarem. Drzwi otworzył nam ów koszmar z piorunującym spojrzeniem, on zdążył wydusić z siebie: „kochanie, ja ci wszystko zaraz wytłumaczę”, a ja korzystając z jego mozolnych tłumaczeń wślizgnęłam się między nogami i rozpoczęłam nawijać o kablu i o performansie i o medytacji, szukając miejsca, gdzie by ten przedłużacz wsadzić.

Zgodziła się, może była w zbyt dużym szoku, żeby powiedzieć nie. Tak sobie myślę, że może ta moja medytacja uchroniła kogoś przed rozstaniem? Tego się nie dowiem. Ale wiem, że medytować warto, wszędzie, gdzie się jest. Dlatego teraz medytuję tu, z naturą. Z tym potokiem i wiatrem, z ptakami, które coraz chętniej wykukują ze swoich domków. Medytuję też w kuchni, nadal bez piekarnika.

I tak o to mam dla Was dwa ciasta delicjowe, które nie różnią się zbytnio w sposobie przyrządzania, a to, co jest w nich szczególne, to agar, czyli „wegańska żelatyna”, która wspaniale wiąże, a o której istnieniu na dnie szafki w kuchni zupełnie zapomniałam.

Delicjowe, bo najbardziej kojarzą mi się z delicjami, spód lekko ciasteczkowy, owocowa galaretka o delikatnej kwaśnej nucie i czekoladowa polewa, która przyjemnie łamie się w ustach.

 

W pierwszej wersji na spód przygotowałam zmielony czarny sezam, zmielony słonecznik i zmielone migdały, 1 zmieloną pestkę jądra moreli, trochę kakao, 1 łyżkę powideł śliwkowych bezcukrowych, trochę oleju kokosowego nierafinowanego i dwie łyżki kawy. To wszystko mieszam i jeśli masa lepi się, ale nie jest za rzadka, wykładam do naczynia i chowam do zamrażalnika. Jeśli jest za gęsta można dodać trochę więcej kawy, albo oleju. Jeśli jest za mało słodka, można dodać kilka zblendowanych daktyli. Wszystko zależy od preferencji. Ja zrobiłam ją mocno kakaowo-kawową, bo cała reszta była wystarczająco słodka.

W drugiej wersji spód to przede wszystkim dużo wapnia, czyli dużo zmielonego maku, zmielony słonecznik, kilka zblendowanych daktyli, trochę oleju kokosowego nierafinowanego. Możecie dodać kilka orzechów laskowych.

Galaretka – najpierw blendujemy w zależności od wersji: 1 jabłko, 2 banany, sok z połowy cytryny, sok z 1 pomarańczy i skórkę z 1 pomarańczy i trochę cukru kokosowego albo 1 jabłko, 2 banany, sok z połowy cytryny, kilka truskawek (kupiłam mrożone, bo zatęskniłam za truskawkowymi wspomnieniami). To zagotowałam i dodałam 3 łyżki agaru, z którymi na wolnym ogniu gotowałam przez 2-3 minuty, a później zostawiłam do ostygnięcia i wylałam na zmrożony spód. Pamiętajcie, żeby cały czas mieszać.

Polewa to olej kokosowy rafinowany i odrobina nierafinowanego, mąka z cieciorki, którą chwilę podsmażam na tym oleju w garnku i dodaję kilka zblendowanych daktyli, dodałam też trochę dzikiej róży zebranej podczas spaceru. Najlepiej zbierać ją jesienią, ale i tak jest pyszna, a ja z wielką ekscytacją czekam na wiosenno-letni szał zielarski, bo w tym roku chcemy zanurzyć się w tych wszystkich prezentach, które dostajemy od natury, a które często gdzieś nam umykają. Teraz czekamy na dobry moment, żeby pozyskać sok z brzozy, ale o tym będzie niebawem. 🙂

Druga polewa to zblendowane, namoczone uprzednio figi i olej kokosowy nierafinowany, który zastygając tworzy ładną białą polewę, wygląda zupełnie jak polewa z cukru pudru.

Miało być głównie o jedzeniu, wyszło głównie o medytacji, ale to dobrze. Bo jedno z drugim ma wiele wspólnego. A może ktoś spróbuje zrobić ciasto, a potem pójść na ulicę i je w medytacji skonsumować.

Szalonych pomysłów na ten tydzień!

Podpisano: Nomatka